Zwierciadło Podcasty cover

Zwierciadło Podcasty

Zwierciadło

„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu. Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.

„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu. Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.

„Długo nie mogłem zaakceptować swojej orientacji seksualnej”. Michał Kassin o coming oucie przed mamą i autorskim sposobie na kompleksy | „Soft power” odc. 4

0:00 0:00

Odcinki

„Długo nie mogłem zaakceptować swojej orientacji seksualnej”. Michał Kassin o coming oucie przed mamą i autorskim sposobie na kompleksy | „Soft power” odc. 4 04 Nov 2026

„W tańcu przez chwilę jestem hetero” – mówi Michał Kassin, tancerz i choreograf, który przez lata uczył się funkcjonować w świecie pełnym oczekiwań, ocen i stereotypów. Zaczynał w niewielkich Pszczółkach, zafascynowany telewizyjnym „Tańcem z gwiazdami”. Dziś wie, że talent to dopiero początek, a droga do zawodowego sukcesu wymaga nie tylko ciężkiej pracy, ale też odporności psychicznej, odwagi i zaakceptowania samego siebie. W rozmowie z Sylwią Sitkowską i Magdaleną Kuszewską w podcaście „Soft power” opowiada o presji wyglądu, kompleksach, pochodzeniu, seksualności i szczęściu, które czasem przychodzi w najmniej spodziewanym momencie. W rozmowie z Sylwią Sitkowską i Magdaleną Kuszewską Kassin wraca do początków swojej drogi, pokazując, jak wielkie znaczenie ma pierwszy impuls i spotkanie z kimś, kto potrafi dostrzec w młodym człowieku potencjał. Bo marzenia, nawet te najbardziej odległe, potrzebują czasem tylko jednego konkretnego doświadczenia, żeby przestały być fantazją. Taniec to nie tylko talent Zawodowy taniec kojarzy się z elegancją, pięknymi kostiumami, perfekcyjnymi ruchami i spektakularnymi występami. Za kulisami kryje się jednak branża wymagająca nie tylko fizycznej sprawności, ale też wyjątkowej odporności psychicznej. Kassin nie ukrywa, że wielu jego znajomych ostatecznie zdecydowało się na zmianę zawodu. Powód? Taniec jest sztuką niezwykle subiektywną, w której ocena umiejętności często splata się z oceną wyglądu. Ciało tancerza staje się narzędziem pracy, ale też przedmiotem nieustannej obserwacji. Liczą się proporcje, sylwetka, prezencja, sposób poruszania się. Łatwo w takich warunkach zacząć traktować własny wygląd jak projekt, który zawsze wymaga kolejnej poprawki. Nawet osoby wysportowane, sprawne i podziwiane przez publiczność mogą zmagać się z poczuciem, że coś jest z nimi nie tak. Michał opowiada o kompleksie uszu, który przez długi czas zajmował w jego głowie zaskakująco dużo miejsca. W pewnym momencie postanowił, że zrobi operację plastyczną. Nie była to jednak jedyna część ciała, z którą musiał się oswoić. Miał również trudność z zaakceptowaniem własnej nagości, choć dziś, patrząc na swoje dawne zdjęcia, widzi piękne, wysportowane i smukłe ciało. Jak przestać walczyć z własnym ciałem? Jedna z najbardziej poruszających historii, którymi dzieli się Kassin, dotyczy sesji fotograficznej. Zamiast bez końca analizować swoje niedoskonałości, zdecydował się na doświadczenie, które pozwoliło mu spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Zamówił sesję u fotografa specjalizującego się w aktach. Efekt okazał się piękny, ale ważniejsze od samych zdjęć było to, co wydarzyło się w jego głowie. „Czy ja nie jestem za biedny na ten sport?” W karierze Michała Kassina nie zabrakło chwil zwątpienia. Co ciekawe, nie dotyczyły one samego tańca ani przekonania, że powinien robić coś innego. Pojawiały się wtedy, gdy zaczynał porównywać swoje możliwości z możliwościami osób pochodzących z bardziej uprzywilejowanych środowisk. „W tańcu przez chwilę jestem hetero” W rozmowie pojawia się również temat, który dla wielu osób wciąż pozostaje trudny: akceptacja własnej orientacji seksualnej w środowisku zawodowym i społecznym. Kassin przyznaje, że długo nie potrafił pogodzić się ze swoją seksualnością. Taniec, paradoksalnie, bywał przestrzenią, w której mógł na moment wejść w rolę zgodną z heteronormatywnym wyobrażeniem relacji. Praca z partnerkami, bliskość fizyczna, romantyczna choreografia – wszystko to jest częścią scenicznego języka. Jednak poza parkietem pojawiały się pytania, które potrafiły być znacznie bardziej kłopotliwe. Skoro tańczy z pięknymi kobietami, dlaczego wciąż nie ma dziewczyny? Za pozornie niewinną ciekawością kryje się założenie, że wygląd partnerki i bliskość na scenie powinny coś mówić o prywatnym życiu tancerza.

Sztuczna inteligencja zaprojektuje ci uśmiech, a robotyczne ramię wstawi nowy ząb. O nowoczesnej stomatologii rozmawiamy z drem Maciejem Cićkiewiczem 03 Nov 2026

Rewolucja AI nie omija takich dziedzin medycyny jak stomatologia. Dziś nowy uśmiech można zaprojektować od początku do końca cyfrowo za pomocą inteligentnych skanerów i algorytmów. Jak wygląda nowoczesne podejście do leczenia i upiększania zębów? Opowiada o tym dr Maciej Cićkiewicz, specjalista ortodoncji, który był gościem 4. odcinka podcastu „Pod skórą”. Piękne zęby dzięki AI Nowoczesne placówki stomatologiczne w niczym nie przypominają już siermiężnych gabinetów dentystycznych, które pamiętamy sprzed dwudziestu lat. Wyglądają jak kliniki przyszłości, w których każdy pacjent może mieć zęby „uszyte na miarę”. Są naszpikowane technologią i urządzeniami znacznie skracającymi proces uzyskiwania nowego uśmiechu. – Od wielu lat mamy skaner wewnątrzustny – mówimy tu zarówno o skanowaniu zębów, jaki dziąseł – mówi dr Maciej Cićkiewicz. – W poprzednich latach używaliśmy wycisków, które wymagały włożenia całej masy i łyżki wyciskowej do buzi i to był duży dyskomfort. Dzisiaj, w momencie kiedy mamy skaner, wkładamy to urządzenie i nie dotykamy w ogóle do zębów. Przesuwając je nad zębami, skanujemy w kilka sekund całe środowisko jamy ustnej. Zamienia się [ono] w obraz cyfrowy trójwymiarowy, który możemy przesłać w dowolne miejsce. Po zrobieniu skanów do akcji wkracza sztuczna inteligencja. Specjalne algorytmy pomagają w projektowaniu nowego uzębienia i szybszym opracowaniu planu leczenia. Jak podkreśla jednak dr Cićkiewicz, nie zastąpią one lekarza stomatologa – mimo że są dobrym punktem wyjścia, projekt powstały dzięki AI często wymaga niezbędnych poprawek i udoskonaleń. Są też zadania, w których stomatologów zaczynają wyręczać… roboty. A konkretnie robotyczne ramię, które może na przykład precyzyjnie umieścić w dziąśle implant. Trzeba przy tym zaznaczyć, że technologia ta stanowi nowinkę, a sam dr Cićkiewicz przyznaje, że jest jeszcze za wcześnie, by sam zdecydował się na zabieg z użyciem wyłącznie robotycznego ramienia. Na pytanie, czy w przyszłości czeka nas „bezobsługowa” stomatologia, w której maszyny odgrywają wiodącą rolę, odpowiada jednak twierdząco. Obejrzyj cały odcinek podcastu „Pod skórą”, w którym dr Maciej Cićkiewicz odpowiada na pytania dotyczące bondingu, ortodoncji czy modnych ostatnio jednodniowych metamorfoz uśmiechu.

„Jak dajemy sobie KPI w domu, to już przestaje być rodzicielstwo”. Jak wspierać nastolatka, nie zarządzając jego życiem? | „Ukryte piękno”. odc. 36 02 Nov 2026

„Jak dajemy sobie KPI w domu, to już przestaje być rodzicielstwo, a zaczyna być biznes domowy” – mówi Małgorzata Górska, psycholożka i szefowa HR w VeloBanku. W świecie, w którym od dzieci oczekuje się dobrych ocen, przemyślanych decyzji i sukcesów, łatwo pomylić troskę z kontrolą. Jak wspierać nastolatka przed maturą, pomóc mu odnaleźć własną drogę i nie zamienić rodzinnego domu w kolejną instytucję rozliczającą z wyników? O tym w podcaście „Ukryte piękno” rozmawiają dziennikarka Anna Augustyn-Protas, aktorka Magdalena Różczka oraz psycholożki Katarzyna Miller i Małgorzata Górska. Sponsorem odcinka jest VeloBank. Rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Żeby miały dobre wykształcenie, ciekawe możliwości, satysfakcjonującą pracę i poczucie bezpieczeństwa. Problem zaczyna się wtedy, gdy troska o przyszłość młodego człowieka przeradza się w szczegółowy plan, którego realizację dorośli chcą nadzorować na każdym etapie. Oceny, korepetycje, dodatkowe zajęcia, wybór szkoły, studiów, a potem pierwszej pracy. W pewnym momencie życie nastolatka może zacząć przypominać przedsięwzięcie, którego powodzenie zależy od regularnego raportowania postępów. Dziecko to nie projekt do zrealizowania Małgorzata Górska zwraca uwagę na pułapkę przenoszenia do rodziny języka zarządzania. Kiedy rodzice wyznaczają dzieciom kolejne cele i mierzą ich realizację, łatwo zapomnieć, że relacja z nimi nie powinna opierać się na efektywności. Jak zauważa psycholożka, domowe KPI, czyli wskaźniki realizacji założonych celów, mogą sprawić, że rodzicielstwo zaczyna przypominać prowadzenie firmy. W pracy cele, terminy i ocena wyników pomagają organizować działania. W rodzinie podobny mechanizm może jednak przynieść odwrotny skutek. Zamiast budować zaufanie, tworzy atmosferę nieustannej kontroli. Zamiast zachęcać do samodzielności, uczy dziecko, że jego wartość zależy od tego, czy spełnia oczekiwania innych. Przecież dobry wynik na egzaminie nie mówi wszystkiego o młodym człowieku. Nie pokazuje jego wrażliwości, odwagi, zdolności do budowania relacji ani tego, jak poradzi sobie z porażką. A właśnie te umiejętności będą mu potrzebne, kiedy skończy się szkoła i zacznie samodzielnie podejmować decyzje. „Mam trzy córki i każda z nich jest zupełnie różna” Nie ma jednej instrukcji obsługi nastolatka. To, co pomaga jednemu dziecku, drugiemu może przynieść frustrację. Jedno potrzebuje rozmowy i wspólnego szukania rozwiązań, inne najpierw musi pobyć samo. Są nastolatki, które dobrze reagują na konkretne wskazówki, i takie, które odbierają je jako próbę przejęcia kontroli nad ich życiem. Magdalena Różczka przyznaje, że zaskakuje ją samo myślenie o wychowaniu w kategoriach menedżerowania. Aktorka, która jest mamą trzech córek, podkreśla, że każda z nich jest inna. Nie sposób więc traktować ich według jednego schematu i oczekiwać, że te same metody przyniosą identyczne rezultaty. To ważna perspektywa dla rodziców, którzy niekiedy szukają uniwersalnych odpowiedzi na pytania o motywację, naukę i przyszłość. Porównywanie dzieci między sobą, nawet jeśli wydaje się niewinne, może prowadzić do poczucia, że trzeba dorównać rodzeństwu albo sprostać rodzinnym wyobrażeniom o sukcesie. Tymczasem różnice nie są problemem do rozwiązania. Stanowią punkt wyjścia do poznania drugiego człowieka. Wspieranie nastolatka wymaga zatem ciekawości. Co go interesuje? Czego się boi? W jakich sytuacjach czuje się pewnie, a kiedy traci wiarę we własne możliwości? Czasem odpowiedzi nie będą zgodne z oczekiwaniami rodziców. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwe wyzwanie: zaakceptować, że dziecko może mieć inny temperament, inne ambicje i odmienny pomysł na przyszłość. Wielki lęk przed porażką Szczególnie trudno zachować spokój, kiedy zbliżają się egzaminy. Matura często urasta do rangi wydarzenia, które ma zadecydować o całym dalszym życiu. Rodzice martwią się, czy dziecko dostanie się na wymarzone studia, czy wybierze dobry kierunek i czy nie zamknie sobie drogi do przyszłej kariery.

„Nasz system nerwowy jest napięty jak guma w za małych majtkach”. Joanna Jurga o tym, co uciszamy, jak się zagłuszamy | „Słowo do słowa”. odc. 16 29 Oct 2026

„Nie umiemy być w ciszy, zagłuszamy się” – zauważa Joanna Jurga, projektantka przestrzeni, która w podcaście „Słowo do słowa", Joanny Brodzik przygląda się temu, jak współczesny styl życia wpływa na nasze samopoczucie. Smartfony, nieustanny hałas, nadmiar bodźców i przymus bycia dostępnym sprawiają, że coraz trudniej nam usłyszeć własne potrzeby. Czy dom może stać się miejscem, w którym odzyskujemy siebie? I dlaczego, zanim zaczniemy urządzać przestrzeń wokół nas, warto przyjrzeć się temu, co dzieje się w naszej głowie? Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy. Miało być łatwiej, szybciej i wygodniej. Tymczasem zamiast zyskiwać czas, coraz częściej tracimy go na przeskakiwanie między powiadomieniami, wiadomościami i kolejnymi treściami, które domagają się naszej uwagi. Sięgamy po telefon niemal odruchowo, nawet wtedy, gdy nie mamy konkretnego powodu. Wystarczy chwila nudy, ciszy albo niepokoju, żeby ekran stał się najprostszym sposobem na zajęcie głowy. Smartfon pożera naszą uwagę Joanna Jurga zwraca uwagę, że współczesne technologie wyprzedzają nasze możliwości adaptacyjne. Smartfon dysponuje ogromną pamięcią, a mimo to to nie on, lecz my pozostajemy w nieustannej gotowości do odbierania kolejnych sygnałów. Jak zauważa gościni podcastu, problem polega również na przekonaniu, że kiedy odwrócimy wzrok od ekranu, coś ważnego może nas ominąć. W efekcie nawet odpoczynek zaczynamy traktować jak przerwę, którą trzeba czymś wypełnić. Odłączenie się od sieci nie musi oznaczać radykalnej rezygnacji z technologii. Jurga przyznaje, że niewiele zna domów, w których w niedzielę wszyscy odkładają telefony do koszyczka i świadomie wybierają bycie offline. Nie chodzi jednak o to, by z dnia na dzień porzucić internet, lecz by odzyskać wpływ na to, kiedy i w jaki sposób z niego korzystamy. Pierwszym krokiem może być prosta zmiana: kawa wypita bez sprawdzania wiadomości, posiłek bez ekranu albo wieczór, podczas którego nie musimy natychmiast odpowiadać na każdą wiadomość. To drobne gesty, ale pozwalają sprawdzić, jak bardzo przyzwyczailiśmy się do nieustannej stymulacji. I czy potrafimy jeszcze być ze sobą bez dodatkowych bodźców. Przebodźcowanie. Kiedy układ nerwowy nie ma już chwili wytchnienia Żyjemy w kulturze, która premiuje szybkość, efektywność i dostępność. Odpowiadamy na maile po godzinach, słuchamy podcastów podczas spaceru, oglądamy seriale, jednocześnie przeglądając media społecznościowe. Nawet chwile, które mogłyby służyć regeneracji, zamieniamy w kolejne okazje do przyswajania informacji. Joanna Jurga opisuje ten stan obrazowo: „Nasz system nerwowy jest napięty jak guma w za małych majtkach”. W tym porównaniu jest i humor, i trafna diagnoza codzienności, w której napięcie staje się niemal niezauważalnym tłem. Przyzwyczajamy się do pośpiechu tak bardzo, że spokój może wydawać się nam czymś nienaturalnym. Kiedy pojawia się lęk, niepokój czy trudna emocja, często próbujemy natychmiast je zagłuszyć. Włączamy telewizor, odruchowo sięgamy po telefon, zajmujemy się kolejnym zadaniem. Nie zawsze dlatego, że naprawdę tego potrzebujemy. Czasem po prostu nie wiemy, co zrobić z chwilą, w której nic się nie dzieje. Jurga zwraca uwagę, że również praca nad uważnością może początkowo przynieść zaskakujące doświadczenia. Kiedy zaczynamy medytować i przestajemy dostarczać sobie kolejnych rozpraszaczy, w głowie niekoniecznie pojawia się upragniona cisza. Często odkrywamy raczej chaos myśli, emocji i skojarzeń. Jak mówi gościni, przez pierwsze lata medytowania można mieć w środku „sałatkę jarzynową”. Dom, który pozwala odetchnąć Dom powinien być miejscem odpoczynku, ale w praktyce często staje się przedłużeniem świata, od którego chcielibyśmy odpocząć. Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy.

„Pamiętam taką piękną niedzielę, wyczułam zmianę i zrobiło mi się niedobrze”. Jakie mity nt. raka piersi usypiają naszą czujność? | „Jak zdrowie” odc. 23 28 Oct 2026

„Najczęściej zmiany wykrywają nie kobiety, a ich partnerzy” – mówi Magda Kardynał, prezeska Fundacji OmeaLife – Rak Piersi Nie Ogranicza. Dlaczego tak wiele z nas odkłada profilaktykę, choć wie, jak ważna jest dla zdrowia? W rozmowie z Anną Augustyn-Protas w podcaście „Jak zdrowie” opowiada o własnym doświadczeniu choroby, trudnych decyzjach dotyczących leczenia i wsparciu, którego naprawdę potrzebują kobiety z diagnozą raka piersi. Sponsorem odcinka jest firma odzieżowa, Taranko. Odkładamy badania, bo zawsze jest coś ważniejszego Na liście codziennych obowiązków badanie piersi często przegrywa z pracą, opieką nad dziećmi i sprawami, które nie mogą czekać. Paradoksalnie dotyczy to również kobiet dobrze wykształconych, świadomych i mających dostęp do opieki medycznej. Wiedzą, że profilaktyka jest ważna, ale własne zdrowie przesuwają na koniec listy. A potem na kolejny dzień, tydzień i miesiąc. W podcaście „Jak zdrowie” Anna Augustyn-Protas pyta Magdę Kardynał, dlaczego tylko jedna trzecia kobiet chce badać się w kierunku raka piersi. Prezeska Fundacji OmeaLife zwraca uwagę, że problem nie sprowadza się do braku wiedzy. Wśród kobiet, z którymi spotyka się w swojej działalności, są również osoby zajmujące wysokie stanowiska, dysponujące środkami finansowymi i świadome znaczenia profilaktyki. Mimo to nie znajdują czasu dla siebie. Jak zauważa, o własnych potrzebach myślą dopiero wtedy, gdy uporają się z pracą, rodziną i obowiązkami. To jeden z mechanizmów, które sprawiają, że troska o zdrowie przegrywa z codziennością. Kobiety przywykły do bycia odpowiedzialnymi za innych, ale nie zawsze potrafią przyznać sobie podobne prawo do opieki. Łatwiej zorganizować wizytę lekarską dziecku, zadbać o potrzeby partnera czy pomóc rodzicom niż zatrzymać się i sprawdzić, co dzieje się z własnym ciałem. Nie zawsze chodzi jednak o brak czasu. Czasem przeszkodą jest lęk przed tym, co można usłyszeć w gabinecie. Niektóre kobiety wolą nie wiedzieć, bo wyobrażają sobie, że dopóki nie ma diagnozy, nie ma również choroby. Badanie staje się wówczas nie tyle elementem profilaktyki, ile konfrontacją z najgorszym scenariuszem. Tyle że unikanie odpowiedzi nie usuwa ryzyka. Odbiera natomiast możliwość odpowiednio wczesnego rozpoznania problemu i podjęcia dalszych działań. „Jesteś za młoda na raka”. Mity, które usypiają czujność Wokół raka piersi wciąż funkcjonują przekonania, które mogą dawać złudne poczucie bezpieczeństwa. Jednym z nich jest przeświadczenie, że choroba dotyczy przede wszystkim starszych kobiet. Innym – że karmienie piersią chroni przed nowotworem w takim stopniu, że można przestać zwracać uwagę na profilaktykę. Magda Kardynał zwraca uwagę, że kobiety słyszą, iż są za młode na raka albo że karmienie piersią je przed nim uchroni. Takie zapewnienia mogą skutecznie uśpić czujność. Tymczasem żaden z tych argumentów nie daje gwarancji, że choroba się nie rozwinie. Dlatego tak ważne jest, by nie traktować wieku ani macierzyństwa jako powodów do rezygnacji z troski o piersi. Profilaktyka powinna uwzględniać wiek, indywidualną sytuację i zalecenia medyczne. Niepokojące zmiany wymagają konsultacji lekarskiej, niezależnie od tego, ile mamy lat. Warto też pamiętać, że samobadanie i obserwowanie własnego ciała nie zastępują badań obrazowych. Mogą pomóc zauważyć zmianę, ale nie wykluczają choroby. W zależności od wieku i indywidualnego ryzyka lekarz może zalecić odpowiednie badania, w tym USG lub mammografię. Przełamywanie tabu zaczyna się od rozmowy, która nie straszy, ale też nie bagatelizuje zagrożenia. Zamiast powtarzać, że rak na pewno nas nie dotyczy, lepiej stworzyć przestrzeń, w której można bez wstydu zapytać o badania, ryzyko i niepokojące objawy. Wiedza nie powinna być kolejnym źródłem lęku. Ma pomagać podejmować decyzje.

„Wcale mnie nie obchodzi, co robi mój były”. Jak język zdradza nasze prawdziwe intencje? | „Rozmowy z sensem” odc. 2 23 Oct 2026

„Ludzie często mówią do nas jak to idiotów np. nie żebym była złośliwa, ale... " – mówi psycholingwistka, dr Małgorzata Majewska w „Rozmowy z sensem”, Agnieszki Radomskiej. W codziennych rozmowach więcej niż chcemy powiedzieć zdradzają pozornie niewinne pytania, nadmiar wyjaśnień i deklaracje, że coś jest nam zupełnie obojętne. Jak rozpoznawać ukryte komunikaty, dlaczego nie zawsze słuchamy, by zrozumieć, i co nasz sposób mówienia mówi o relacjach? Jednym z częstszych problemów w komunikacji jest to, że pytamy, choć wcale nie zależy nam na odpowiedzi. Wypowiadamy zdanie o formie pytania, ale jego prawdziwym celem jest wyrażenie pretensji, rozczarowania albo złości. Dr Majewska nazywa to jedną z największych chorób komunikacyjnych: „My nie pytamy z ciekawości”. Agnieszka Radomska dopowiada, że często po prostu nie jesteśmy zainteresowani tym, co druga osoba ma do powiedzenia. Wystarczy przyjrzeć się codziennym rozmowom w domu. „Agnieszko, dlaczego zostawiłaś brudne buty w przedpokoju?” – takie zdanie może brzmieć jak prośba o wyjaśnienie. W praktyce nierzadko oznacza jednak: „Jestem zła, że znowu zostawiłaś bałagan”. Osoba pytająca niekoniecznie chce dowiedzieć się, dlaczego buty znalazły się w tym miejscu. Chce, żeby druga strona poczuła ciężar jej niezadowolenia. Czy da się z tego wyjść? Pierwszym krokiem jest rozpoznanie własnej intencji. Zanim zadamy pytanie, warto sprawdzić, czy naprawdę chcemy poznać odpowiedź. Jeśli nie, uczciwiej będzie nazwać emocję albo potrzebę. To nie gwarantuje, że rozmowa przebiegnie bez napięć, ale daje szansę na porozumienie, zamiast zmuszać drugą osobę do odgadywania ukrytego znaczenia. „Ja osobiście uważam” W codziennych rozmowach łatwo przeoczyć nadmiar słów. Niektóre zwroty wydają się tak naturalne, że używamy ich automatycznie. „Ja osobiście uważam”, „szczerze mówiąc”, „tak naprawdę” – każdy z nich może pełnić określoną funkcję, ale warto zwrócić uwagę, kiedy staje się niepotrzebnym dodatkiem do wypowiedzi. Dr Majewska odwołuje się do pojęcia ekonomii języka. W rozmowie liczy się nie tylko to, co mówimy, ale również to, ile słów potrzebujemy, żeby przekazać daną myśl. Jak zauważa psycholingwistka, nadmierne rozbudowywanie wypowiedzi może czasem oznaczać, że próbujemy zasłonić słowami swoje intencje albo podkreślić własną pozycję, ponieważ czujemy się niepewnie. Wstyd, który ukrywa się za pewnością siebie U podstaw wielu sposobów komunikowania się może leżeć emocja, o której niechętnie rozmawiamy: wstyd. Dr Majewska przywołuje definicję Brené Brown, badaczki zajmującej się między innymi wstydem i wrażliwością. W tym ujęciu chodzi o lęk przed odrzuceniem: obawę, że jeśli ktoś zobaczy, jacy naprawdę jesteśmy i czego się w sobie wstydzimy, wykluczy nas ze wspólnoty. Taki lęk może wpływać na sposób, w jaki mówimy, bronimy własnego zdania i reagujemy na krytykę. Kiedy boimy się oceny, próbujemy kontrolować wrażenie, jakie wywieramy na innych. Możemy przesadnie się tłumaczyć, ukrywać niepewność za stanowczymi deklaracjami albo atakować, zanim ktoś zdąży zakwestionować naszą pozycję. Język staje się wtedy rodzajem zbroi. „Najbardziej boję się ludzi, którzy się nie mają wahań” Pewność siebie bywa atrakcyjna. W świecie pełnym sprzecznych informacji i niejednoznacznych sytuacji łatwo ulec osobom, które mówią stanowczo, nie dopuszczają wątpliwości i sprawiają wrażenie, że wszystko mają pod kontrolą. Jednak w rozmowie nie zawsze jest to oznaka siły. „Najbardziej boję się ludzi, którzy się nie mają wahań, którzy wiedzą, jak jest” – mówi dr Majewska. Ta uwaga zwraca uwagę na znaczenie wątpliwości. Umiejętność powiedzenia „nie wiem”, „mogę się mylić” albo „muszę to przemyśleć” świadczy o gotowości do uznania, że rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana, niż chcielibyśmy wierzyć.

„Nauczyłem się pamiętać, bo wiem, że nie zapamiętam”. Vienio, zorganizowany ADHD-owiec, który przerywa rodzinne schematy | „W czułym zwierciadle” 23 Oct 2026

„My nosimy rodzinę w sobie” – mówi Piotr „Vienio” Więcławski w podcaście Małgorzaty Serafin „W czułym zwierciadle” . Raper, producent muzyczny i człowiek wielu pasji przygląda się temu, jak przeszłość wpływa na nasze wybory, dlaczego wciąż wchodzimy w te same relacje i co można zrobić, żeby przerwać błędne koło, także myślowe, gdy żyje się z ADHD, trudnościach z koncentracją i sposobach na odnajdywanie spokoju w świecie, który nieustannie domaga się naszej uwagi. ADHD, czyli własna instrukcja obsługi Jak przyznaje w rozmowie z Małgorzatą Serafin, jego znajomi uważają go za „najbardziej zorganizowanego ADHD-owca na świecie”. To określenie dobrze oddaje paradoks, z którym mierzy się wiele osób neuroatypowych: trudności w jednym obszarze nie przekreślają możliwości osiągania świetnych rezultatów w innym. Vienio zauważa, że kiedy ma pracę do wykonania, potrafi wstać rano wyspany i zająć się zadaniami. Kluczowe znaczenie ma dla niego konkretny cel i odpowiednie przygotowanie do działania. Trudności z koncentracją często pozostają niewidoczne dla otoczenia. Można sprawiać wrażenie osoby zaradnej, pomysłowej i świetnie odnajdującej się w pracy, a jednocześnie zmagać się z czynnościami, które innym przychodzą bez większego wysiłku. „W gotowaniu jestem jak w medytacji” W codziennym życiu łatwo pomylić odpoczynek z bezczynnością. Kiedy głowa nie przestaje pracować, a uwaga wciąż przeskakuje między kolejnymi sprawami, nawet wolny wieczór może stać się kolejnym zadaniem do odhaczenia. Dlatego tak ważne okazują się aktywności, które pozwalają wrócić do chwili obecnej i skupić się na jednej rzeczy. Dla Vienia taką przestrzenią jest kuchnia. „W gotowaniu jestem jak w medytacji” – mówi, wskazując na czynność, która pozwala mu odnaleźć inny rodzaj skupienia. Przygotowywanie posiłków wymaga zaangażowania zmysłów, uważności i podążania za kolejnymi etapami procesu. Trzeba obserwować, mieszać, próbować, reagować na to, co dzieje się w garnku. Nie wszystko można przyspieszyć, a niektóre rzeczy potrzebują dokładnie tyle czasu, ile potrzebują. Rodzina, którą zabieramy ze sobą w dorosłość W rozmowie pojawia się również temat, który dotyczy znacznie szerszej grupy osób niż te zmagające się z ADHD. To rodzinne wzorce, które potrafią kierować naszym życiem długo po tym, gdy wyprowadzimy się z domu i zaczniemy podejmować samodzielne decyzje. Możemy zmienić miasto, pracę, partnera czy sposób spędzania wolnego czasu, a mimo to wciąż odtwarzać podobne scenariusze. „My nosimy rodzinę w sobie” – zauważa Vienio. Interesuje go, w jaki sposób przejmujemy zachowania i przekonania wyniesione z domu rodzinnego, często bez świadomości, że w ogóle to robimy. Nie zawsze powielamy je dlatego, że się z nimi zgadzamy. Niekiedy po prostu znamy je najlepiej, a to, co oswojone, potrafi wydawać się bezpieczniejsze od czegoś zupełnie nowego. Nie oznacza to, że przeszłość musi zdeterminować przyszłość. Uświadomienie sobie powtarzających się mechanizmów może być pierwszym krokiem do zmiany. Wymaga jednak zatrzymania się i zadania sobie pytań: dlaczego wybieram właśnie takie osoby? Co sprawia, że zostaję w relacji, która mnie rani? Czy to, co nazywam miłością, rzeczywiście mi służy, czy raczej przypomina coś, co znam od dawna? Vienio przywołuje przykład znajomej, która kolejny raz wchodzi w relacje z mężczyznami wykorzystującymi ją, okradającymi i porzucającymi. Patrząc z boku, widzi powtarzalność tego scenariusza i zastanawia się, dlaczego tak trudno go przerwać. „Kurde, jak szkoda, że ona tak ma. Wejdź, wsadź tam łapę” – mówi i dotyka trudnego pytania: co robimy, kiedy widzimy, że bliska osoba kolejny raz podejmuje decyzje, które ją ranią? Rozmowa Vienia z Małgorzatą Serafin w podcaście „W czułym zwierciadle” prowadzi więc do pytań, które dotyczą zarówno naszej relacji z samymi sobą, jak i z innymi ludźmi. Jak rozpoznać własne potrzeby?

„Można utyć z nieprzeżywania złości”. Ela Lange o tym, co próbujemy zagłuszyć jedzeniem | „Ciało obce” odc. 1 23 Oct 2026

„Łatwiej otworzyć drzwi do lodówki niż do własnego życia”” – mówi psycholożka Elżbieta Lange w podcaście „Ciało obce”, który prowadzi Anna Augustyn-Protas. Za kompulsywnym podjadaniem, wieczornymi wizytami w lodówce i nieustanną walką o szczupłą sylwetkę może kryć się coś więcej niż brak silnej woli. Niewypowiedziany gniew, samotność, niezaspokojona potrzeba bliskości, a nawet lęk przed własną radością. Co się dzieje, kiedy jedzenie staje się sposobem na radzenie sobie z życiem, a ciało zaczyna opowiadać historię, której nie potrafimy wypowiedzieć na głos? Od dziewczynek wciąż oczekuje się, że będą miłe, opanowane i bezproblemowe. Nie wypada podnosić głosu, trzaskać drzwiami ani otwarcie protestować. Lepiej ustąpić, przemilczeć, nie robić kłopotu. Złość? Najlepiej schować ją głęboko, żeby nikogo nie urazić. Problem w tym, że emocje nie znikają tylko dlatego, że nauczyłyśmy się ich nie pokazywać. W rozmowie z Anną Augustyn-Protas psycholożka Elżbieta Lange zwraca uwagę, że szczególnie kobiety mają trudność z przeżywaniem trudnych stanów, ponieważ od najmłodszych lat uczone są, by być grzeczne, a nie „histeryczne”. „Zapieczonym gniew” Emocje nie są czymś, czym można dowolnie sterować za pomocą racjonalnych postanowień. Stanowią fizjologiczną reakcję na sytuację, w której się znajdujemy, i pomagają nam rozpoznać, czy nasze potrzeby oraz granice są respektowane. Złość może informować, że ktoś nas krzywdzi, ignoruje albo oczekuje od nas więcej, niż jesteśmy gotowe dać. Jeżeli jednak od dzieciństwa nie dostajemy przyzwolenia na jej wyrażanie, uczymy się odcinać od własnych sygnałów. Lange nazywa taki stan „zapieczonym gniewem”. To złość, której nie rozpoznajemy albo której nie pozwalamy sobie przeżyć. Zdaniem psycholożki może ona znajdować ujście w relacji z jedzeniem. Pojawia się wtedy pytanie, czy za niektórymi nawykami żywieniowymi nie stoi wcale głód, lecz emocje, których nie umiemy nazwać. Czy można utyć ze złości? Kiedy Anna Augustyn-Protas pyta, czy można przytyć ze złości, Lange odpowiada przewrotnie, że problemem może być właśnie złość nieprzeżyta. Nie chodzi o prostą zależność, w której gniew automatycznie przekłada się na dodatkowe kilogramy. Psycholożka zwraca uwagę na mechanizm tłumienia emocji i szukania sposobów, by poradzić sobie z napięciem, którego nie potrafimy rozładować w inny sposób. Złość mobilizuje organizm do działania. Często odczuwamy ją w rękach, nogach czy okolicach miednicy, ponieważ wiąże się z impulsem, by tupnąć, uderzyć w stół, krzyknąć albo odejść. Kiedy nie możemy zareagować, napięcie pozostaje. Zamiast powiedzieć „nie zgadzam się”, zaciskamy zęby, uśmiechamy się i robimy swoje. Czasem kończy się to wybuchem, czasem skierowaniem agresji przeciwko sobie. Lange opisuje dwa sposoby, w jakie może przejawiać się niewyrażona złość. Pierwszym jest autoagresja, która może wiązać się z zachowaniami szkodliwymi dla nas samych. Drugim – nadmiar gniewu, przez który łatwo tracimy panowanie nad reakcjami i zyskujemy opinię osób z krótkim lontem. Żaden z tych wariantów nie oznacza, że wystarczy wyrazić złość, by rozwiązać wszystkie problemy. Pokazuje jednak, jak ważne jest rozpoznawanie emocji, zanim przejmą kontrolę nad naszym zachowaniem. Czekolada nie pyta, czekolada rozumie Jedzenie ma nad nami pewną przewagę: jest dostępne niemal od ręki. Nie wymaga trudnej rozmowy, konfrontacji ani ryzyka, że ktoś nas odrzuci. Wystarczy otworzyć szafkę, sięgnąć po przekąskę i na chwilę poczuć ulgę. Jak wyjaśnia Lange, jedzenie może regulować emocje, ponieważ wiąże się z odczuwaniem przyjemności i pomaga na moment odsunąć od siebie nieprzyjemne stany. Kiedy jedzenie zaczyna rządzić Jak rozpoznać, że sięganie po jedzenie jest sposobem radzenia sobie z emocjami, który wymknął się spod kontroli? W nowym podcaście „Ciało obce” Anna Augustyn-Protas rozmawia z psycholożką Elżbietą Lange o jedzeniu, które staje się sposobem na radzenie sobie ze stresem, samotnością i niewyrażoną złością.

„Pierwszej żonie oświadczyłem się po pięciu dniach”. Cezary Smorszczewski o swoim ADHD i „mózgu łowcy” | „Soft power” odc. 3 22 Oct 2026

„Mam swój protokół jedzenia. Moje ADHD widać, słychać i czuć” - mówi Cezary Smorszczewski w podcaście „Soft power”. Czy skuteczny biznesmen to przede wszystkim człowiek, który umie dostrzec okazję tam, gdzie inni widzą katastrofę? Czy odmowy uczą więcej niż sukcesy? Co napędza go po 60-tce, skoro biologicznie ma 42 lata? W biznesie liczą się kompetencje, informacje i kapitał. Ale jest jeszcze coś, czego nie da się łatwo wpisać do arkusza kalkulacyjnego: relacje. Ich wartość nie zawsze ujawnia się od razu, a ludzie, których spotykamy na początku drogi, mogą odegrać ważną rolę wiele lat później. Smorszczewski zwraca uwagę, że nigdy nie wiadomo, co okaże się przydatne ani która znajomość przetrwa próbę czasu. Dlatego radzi, by angażować się w to, co robimy tu i teraz, i budować relacje bez założenia, że natychmiast przyniosą konkretną korzyść. W przyszłości mogą okazać się ważniejsze, niż dziś przypuszczamy. W jego opowieści pojawia się też osobisty wątek: pierwszą żonę poznał na studiach, a oświadczył się jej już po pięciu minutach. To historia, która może zaskakiwać w świecie, gdzie decyzje analizuje się w nieskończoność, a ryzyko próbuje się wyeliminować z każdego obszaru życia. Praca przez 2,5 godziny dziennie? W kulturze sukcesu długie godziny pracy wciąż bywają traktowane jak dowód zaangażowania. Im bardziej napięty kalendarz, tym łatwiej uwierzyć, że robimy coś ważnego. Smorszczewski opowiada jednak, że szukał pracy, w której mógłby pracować zaledwie dwie i pół godziny dziennie – i taką znalazł. Ta deklaracja brzmi przewrotnie, zwłaszcza w zestawieniu z jego wspomnieniami o okresach intensywnej aktywności zawodowej. Jak przyznaje, zdarzało mu się zaczynać pracę o siódmej rano i kończyć dopiero o dwudziestej pierwszej. Długie godziny nie są jednak same w sobie dowodem efektywności, podobnie jak skrócenie czasu pracy nie musi oznaczać mniejszych ambicji. Seks, sen, sport i sukces Smorszczewski określa swoje najważniejsze motywatory jako „trzy S” albo „cztery S”. W jego wersji są to seks, sen, sport i sukces. Ten zestaw mówi sporo o podejściu do życia, w którym ambicja zawodowa nie musi wykluczać przyjemności, sprawności fizycznej ani troski o organizm. Jednocześnie biznesmen przyznaje, że ze snem jest u niego najtrudniej. Wspomina o intensywnych okresach pracy i przekonaniu, że potrafi funkcjonować po zaledwie czterech czy pięciu godzinach snu. Jak mówi, odkrył u siebie wariant genetyczny, który ma pozwalać mu na pełną regenerację mimo krótkiego odpoczynku. Takie doświadczenie nie powinno jednak stawać się uniwersalną wskazówką. Potrzeba snu jest indywidualna, ale przekonanie o wyjątkowej odporności nie zastępuje rzetelnej oceny stanu zdrowia. To, że ktoś dobrze funkcjonuje przy krótszym śnie, nie oznacza, że podobny model będzie bezpieczny dla innych. Najpierw warzywa, potem białko Jednym z obszarów, w których Smorszczewski wprowadził własne zasady, jest odżywianie. Opisuje swój protokół jedzenia: zaczyna posiłek od zielonych warzyw i błonnika, następnie sięga po białko i tłuszcz, a na końcu – zamiast deseru, który kiedyś jadł – wybiera kromkę chleba z oliwą. Taki sposób komponowania posiłku odwołuje się do zainteresowania kolejnością spożywania produktów i jej możliwym wpływem na odpowiedź glikemiczną. Obecność warzyw i błonnika w diecie jest korzystnym elementem zdrowego odżywiania, choć efekty konkretnego protokołu zależą od całego jadłospisu, stanu zdrowia i indywidualnych potrzeb. Nie istnieje jeden zestaw zasad, który będzie optymalny dla każdego. „Nigdy” i „zawsze” W rozmowie o sukcesie łatwo szukać jednej zasady, która wyjaśni wszystko: odpowiedniego nastawienia, konkretnej strategii albo wyjątkowej cechy charakteru. Smorszczewski proponuje jednak podejście znacznie mniej kategoryczne. „Nie ma słowa »nigdy« i »zawsze«” – podkreśla.

„Ostatni posiłek o 19 i papierowa książka”. Dr Tadeusz Oleszczuk o rytuałach na dobry sen i długowieczność | „Ukryte piękno”. odc. 37 20 Oct 2026

„Organizm chce być zdrowy, on się adaptuje do tego, co mu robimy” – przekonuje dr n. med. Tadeusz Oleszczuk, ginekolog i autor książki „Kod długowieczności” wydanej przez Zwierciadło. W rozmowie z Dominiką Bagińską, dziennikarką, w podcaście „Ukryte piękno” wyjaśnia, dlaczego codzienne nawyki mają znaczenie większe, niż mogłoby się wydawać, co cukier robi z naszą skórą i dlaczego sen nie staje się mniej ważny tylko dlatego, że przybywa nam lat. Dobra wiadomość? Nie trzeba wywracać życia do góry nogami, żeby zacząć o siebie dbać. Kiedy myślimy o długowieczności, łatwo wyobrazić sobie skomplikowane badania, kosztowne terapie, specjalistyczne suplementy i rygorystyczne plany treningowe. Tymczasem fundamenty zdrowego starzenia się są znacznie bliżej: w kuchni, sypialni i codziennym rozkładzie dnia. To, jak śpimy, co jemy i ile się ruszamy, może mieć większe znaczenie dla naszego samopoczucia, niż sugerują modne recepty na wieczną młodość. Dr n. med. Tadeusz Oleszczuk zwraca uwagę, że na zmianę nawyków nigdy nie jest za późno. „Nie ma momentu, kiedy nie warto zacząć” – mówi w rozmowie z Dominiką Bagińską. Nie musimy czekać na nowy rok, okrągłe urodziny ani diagnozę, która zmusi nas do zatrzymania się. Możemy zacząć od jednej decyzji podjętej dzisiaj. Takie podejście pozwala też inaczej spojrzeć na dbanie o siebie. Zamiast traktować je jak kolejny projekt do zrealizowania, warto pomyśleć o nim jak o codziennej inwestycji w przyszłość. Nie chodzi o to, by kontrolować każdy parametr organizmu i walczyć z każdym śladem upływającego czasu. Chodzi o stworzenie warunków, w których ciało ma szansę jak najdłużej sprawnie funkcjonować. Cukier i skóra. Co kryje się za procesem starzenia? Zmarszczki, utrata jędrności skóry i zmieniający się owal twarzy to naturalne elementy starzenia. Nie oznacza to jednak, że na kondycję skóry nie mamy żadnego wpływu. Jednym z czynników, na które warto zwrócić uwagę, jest nadmiar cukru w diecie. „Można tak powiedzieć” – odpowiada dr Oleszczuk, kiedy rozmowa schodzi na związek cukru z przyspieszonym starzeniem. Wyjaśnia, że istotnym procesem jest glikacja, czyli reakcja, w której cukry łączą się z białkami, między innymi z kolagenem. W efekcie powstają związki mogące niekorzystnie wpływać na właściwości tkanek. Kolagen odpowiada za sprężystość i strukturę skóry, dlatego procesy uszkadzające jego włókna mają znaczenie także dla jej wyglądu. W praktyce oznacza to, że troska o cerę nie musi ograniczać się do kosmetyków i zabiegów. Znaczenie ma również to, co trafia na talerz. Ograniczenie słodyczy, słodzonych napojów i innych źródeł cukrów dodanych może być elementem dbania zarówno o zdrowie metaboliczne, jak i o skórę. Nie chodzi przy tym o ogłoszenie wojny każdemu produktowi zawierającemu cukier ani o obiecywanie, że zmiana jadłospisu zatrzyma czas. Starzenie jest procesem złożonym, a kondycja skóry zależy od wielu czynników, w tym genów, ekspozycji na promieniowanie UV, palenia tytoniu i codziennej pielęgnacji. Warto jednak pamiętać, że na część z nich mamy wpływ. Czasem pierwszym krokiem do lepszego samopoczucia jest nie kolejny produkt na półce w łazience, ale uważniejsze przyjrzenie się własnym przyzwyczajeniom. Dlaczego po posiłku chce nam się spać? Sen to jeden z filarów zdrowia, choć wciąż łatwo potraktować go jak luksus, z którego można zrezygnować, gdy dzień okazuje się zbyt krótki. W rozmowie pojawia się również mit, że wraz z wiekiem potrzebujemy mniej snu. Dominika Bagińska przywołuje to przekonanie, a dr Oleszczuk stanowczo je podważa. Jednym z wątków, na które zwraca uwagę, jest senność pojawiająca się po jedzeniu. Jak wyjaśnia, może ona towarzyszyć zaburzeniom gospodarki glukozowo-insulinowej, w tym insulinooporności. Jeśli po kolejnych posiłkach regularnie ucinamy sobie kilkunastominutowe drzemki, w ciągu dnia może uzbierać się nawet godzina lub dwie snu. Wieczorem presja snu bywa wtedy mniejsza, co może utrudniać zasypianie o zwykłej porze.

„Starzenie to negocjacja z własnym ego”. Co się dzieje z parą, gdy on ma andropauzę, a ona menopauzę? | „Ukryte piękno”. odc. 36 19 Oct 2026

- Często pomija się aspekt emocjonalny, a sprowadza się andropauzę do tego, że mężczyzna zmienia partnerkę na młodszą albo kupuje czerwone auto – mówi Marta Bem, menedżerka projektu w Kulczyk Foundation. Zmiany hormonalne, spadek libido, zmęczenie, lęk przed utratą atrakcyjności i pytania o sens dalszego życia nie muszą jednak oznaczać końca bliskości. W podcaście „Słowo do słowa”, Joanny Brodzik, przyglądamy się temu, co dzieje się z kobietą i mężczyzną, gdy oboje wchodzą w nowy etap życia. Sponsorem odcinka jest Kulczyk Foundation. W przypadku kobiet menopauza wciąż bywa opisywana jako utrata: młodości, atrakcyjności, płodności, a niekiedy także społecznej widzialności. Mężczyźni z kolei mierzą się z przekonaniem, że powinni pozostawać silni, sprawni i gotowi do działania bez względu na wiek. Przyznanie się do zmęczenia, obniżonego nastroju czy spadku zainteresowania seksem może być dla nich trudne, ponieważ stoi w sprzeczności z wyobrażeniem męskości, które wynieśli z domu i kultury. Marta Bem zwraca uwagę, że w rozmowie o andropauzie często zatrzymujemy się na stereotypowych obrazkach. Mężczyzna zmienia partnerkę na młodszą albo kupuje czerwone sportowe auto, jakby w ten sposób próbował odzyskać utraconą młodość. Andropauza, czyli trudna rozmowa z samym sobą Zmiany hormonalne u mężczyzn mają inny przebieg niż menopauza u kobiet. Stężenie testosteronu zwykle stopniowo obniża się wraz z wiekiem, choć tempo tych zmian jest indywidualne i nie każdy mężczyzna doświadcza ich w ten sam sposób. Sam wiek nie wystarcza, by rozpoznać niedobór testosteronu, a objawy takie jak zmęczenie, obniżony nastrój czy spadek libido mogą mieć wiele przyczyn. Właśnie dlatego warto patrzeć na ten etap szerzej niż wyłącznie przez pryzmat biologii. Marta Bem ujmuje ten proces w mocnych słowach: „Andropauza to negocjacja z własnym ego”. Trudno przyznać, że zmieniają się nasze możliwości, że coraz mniej rzeczy sprawia nam przyjemność albo że wstanie z kanapy wymaga wysiłku, którego wcześniej nie znaliśmy. Jeszcze trudniej powiedzieć na głos, że tracimy energię, nie wiemy, dokąd zmierzamy, i nie potrafimy odnaleźć się w nowej sytuacji. Mężczyzna, który przez lata był przyzwyczajony do samodzielności i sprawczości, może odbierać te doświadczenia jako osobistą porażkę, a nie naturalny sygnał, że potrzebuje przyjrzeć się swojemu zdrowiu i emocjom. Menopauza to nie koniec kobiecości Kobiety również często wchodzą w okres zmian hormonalnych z poczuciem, że powinny sobie poradzić bez narzekania. Wahania nastroju, problemy ze snem, uderzenia gorąca, trudności z koncentracją czy zmiany w sferze seksualnej mogą wpływać na codzienne funkcjonowanie. Nie każda kobieta doświadcza wszystkich tych objawów, a ich nasilenie bywa różne. Kiedy jednak pojawiają się w pracy, w domu i w relacji, trudno udawać, że dotyczą wyłącznie prywatnego życia. Dodatkowym obciążeniem jest kulturowy przekaz, według którego kobieca atrakcyjność pozostaje nierozerwalnie związana z młodością. W efekcie naturalne zmiany w ciele mogą być odczytywane jak coś, czemu należy się przeciwstawić, a nie jak etap, do którego można się przygotować i w którym można szukać wsparcia. Do tego dochodzi obawa, że mniejsza ochota na seks zostanie uznana przez partnera za odrzucenie, a potrzeba odpoczynku – za brak zainteresowania wspólnym życiem. Co się dzieje, kiedy oboje przechodzą zmianę? Wyobraźmy sobie parę, która przez lata wypracowała własny rytm. Jedno odpowiada za część obowiązków, drugie za pozostałe; oboje wiedzą, czego mogą od siebie oczekiwać. Aż pewnego dnia dotychczasowy układ zaczyna się chwiać. Ona potrzebuje więcej spokoju, ponieważ źle śpi i szybciej się męczy. On zamyka się w sobie, bo nie umie nazwać własnego niepokoju. Jedno odbiera zachowanie drugiego jako obojętność, drugie czuje się niezrozumiane. Z pozoru drobne nieporozumienia zaczynają urastać do rangi poważnych konfliktów.

„Od lat się bujam z depresjuszką”. Filip Cembala szuka cembalansu, ale bywa w cembalaście | „Słowo do słowa”, odc. 14 16 Oct 2026

- Jeszcze dwa lata temu najnudniejsze słowa to było „spacer po lesie", teraz codziennie jestem w lesie, las mnie uratował - mówi Filip Cembala, aktor, wokalista i pisarz. W rozmowie z Joanną Brodzik w podcaście „Słowo do słowa” opowiada o życiu w nieustannym napięciu, trudnościach z odpoczywaniem i potrzebie bycia wystarczająco dobrym. Bo co, jeśli największym luksusem naszych czasów nie jest kolejny sukces, egzotyczna podróż ani wolny weekend, lecz kilka minut, w których nie musimy niczego udowadniać? Może zamiast kolejnego planu naprawczego potrzebujemy po prostu trochę mniej od siebie wymagać. Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy. Współczesne zmęczenie nie zawsze wynika z liczby przepracowanych godzin. Czasem bardziej wyczerpuje nas nieustanna gotowość: do odpowiadania na wiadomości, przyswajania informacji, reagowania na kolejne bodźce i pozostawania w kontakcie ze światem, który nie zna przycisku pauzy. Nawet wolna chwila szybko wypełnia się ekranem telefonu, a cisza zaczyna przypominać przestrzeń, którą trzeba czymś zagospodarować. Filip Cembala zna ten mechanizm z własnego doświadczenia. Aktor mówi również o ADHD i związanych z nim trudnościach z funkcjonowaniem w chwilach, kiedy nic się nie dzieje. Zamiast poczucia ulgi pojawia się niepokój, jakby bezczynność była czymś, co trzeba przetrwać. „Osobom z ADHD, do których należę, trudno funkcjonować, gdy nic się nie dzieje, po prostu odpoczywać, traktuję takie momenty jak więzienie” – wyznaje. Self-care, który męczy Mamy dziś dostęp do niezliczonych porad dotyczących dobrostanu. Możemy planować poranki, optymalizować sen, ćwiczyć uważność, mierzyć aktywność i szukać coraz skuteczniejszych sposobów na regenerację. Problem w tym, że łatwo zamienić dbanie o siebie w kolejny projekt, w którym trzeba osiągać wyniki. Nawet relaks może stać się źródłem frustracji, jeśli nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Cembala zauważa, że odpoczynek coraz częściej traktujemy jak zadanie do odhaczenia. Sam nie uważa się za człowieka, który posiadł umiejętność spokojnego przeżywania wolnego czasu. Przeciwnie, otwarcie przyznaje, że dopiero się tego uczy. I nie mówi tego z pozycji kogoś, kto nie zna ciężaru obowiązków. Przypomina, że jego rodzice pracowali bardzo ciężko: mama była nauczycielką, tata wykonywał pracę fizyczną. W tym wyznaniu pobrzmiewa coś więcej niż osobisty kłopot z organizacją czasu. Odpoczywanie bywa trudne również dlatego, że wynosimy z domu określone przekonania o pracy, obowiązku i wartości człowieka. Jeśli przez lata uczymy się, że należy być zajętym, pożytecznym i wytrwałym, chwila bezczynności może budzić poczucie winy. Jakbyśmy musieli zasłużyć na prawo do odpoczynku. „Cembalans” i „cembalast” Filip Cembala potrafi opowiadać o sprawach trudnych z autoironią, która rozbraja, ale nie unieważnia emocji. Swoje poszukiwania równowagi opisuje za pomocą charakterystycznej gry słów: „Szukam cembalansu, bywam w cembalansie, a czasem w cembalaście”. W tym językowym żarcie kryje się całkiem poważna obserwacja. Równowaga nie jest stanem, który raz osiągamy i możemy już spokojnie uznać za załatwiony. Czasem jesteśmy bliżej siebie, czasem znów gubimy grunt pod nogami. W rozmowie z Joanną Brodzik pojawia się również wątek wysokiej wrażliwości i ADHD. To doświadczenia, które mogą wpływać na sposób przeżywania codzienności, reagowania na bodźce czy radzenia sobie z napięciem. Nie muszą jednak definiować całej tożsamości człowieka ani oznaczać, że istnieje jeden właściwy sposób na funkcjonowanie. Być może dlatego tak ważne jest szukanie rozwiązań dopasowanych do siebie, zamiast bezrefleksyjnego powielania cudzych recept. Dla jednej osoby odpoczynkiem będzie spotkanie z przyjaciółmi, dla innej samotność. Jedna potrzebuje ruchu, druga ciszy. Nie ma powodu, by każdą z tych potrzeb oceniać według uniwersalnej miary. Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy.

„Fryzjerka odmówiła usługi 90-letniej teściowej”. Po co nam starość i czemu traktujemy ją jako chorobę? | „Kultura i inne przyjemności” 15 Oct 2026

„Starość jest czasami traktowana jak choroba” – zauważa psycholożka Justyna Dąbrowska. W świecie, który gloryfikuje młodość, sprawność i nieustanną produktywność, ludzie starsi zbyt łatwo stają się niewidzialni. O tym, dlaczego boimy się starzenia, skąd bierze się społeczna niechęć do starości i co możemy dostrzec, gdy przestaniemy odwracać wzrok, rozmawiają w podcaście „Kultura i inne przyjemności” Zofii Fabjanowskiej Justyna Dąbrowska i Julia Rogowska, reżyserka filmu „Czas, który nie nadszedł”. Sponsorem odcinka jest Next Film jest dystrybutor filmu „Czas, który nie nadszedł". Młodość stała się czymś więcej niż etapem życia. To dziś również obietnica atrakcyjności, niezależności i społecznej akceptacji. Z kolei starość, choć jest jednym z najbardziej naturalnych doświadczeń człowieka, wciąż bywa przedstawiana jako problem, któremu należy zaradzić. Wystarczy przyjrzeć się językowi, jakim o niej mówimy: staramy się ją opóźniać, ukrywać, zwalczać. Jakby upływ czasu był osobistą porażką, a nie wspólnym ludzkim losem. W rozmowie z Zofią Fabjanowską, szefową działu Kultura Zwierciadła, psycholożka Justyna Dąbrowska zwraca uwagę, że niechęć do starości nie kończy się na deklaracjach czy estetycznych preferencjach. Nie science fiction, lecz krzywe zwierciadło Właśnie takie mechanizmy interesują Julię Rogowską, reżyserkę filmu „Czas, który nie nadszedł”. Jak podkreśla twórczyni, nie jest to opowieść science fiction, lecz historia osadzona w rzeczywistości, tyle że pokazanej w krzywym zwierciadle. Ten zabieg pozwala przyjrzeć się znanym zjawiskom z innej perspektywy i zobaczyć wyraźniej to, co na co dzień łatwo zbagatelizować. Nie trzeba futurystycznych technologii ani fantastycznych scenariuszy, żeby opowiedzieć o świecie, w którym wiek zaczyna wyznaczać granice społecznej akceptacji. Wystarczy przesunąć akcenty, wyostrzyć pewne tendencje i doprowadzić je do konsekwencji, o których zwykle nie chcemy myśleć. To, co w codziennym życiu uchodzi za niewinną uwagę, praktyczny wybór czy rozsądne rozwiązanie, w odpowiednim świetle może odsłonić znacznie bardziej niepokojący sens. Rogowska zaznacza, że „Czas, który nie nadszedł” nie opowiada o odległej, abstrakcyjnej przyszłości. Jego punkt wyjścia tkwi w rzeczywistości, którą znamy. Dzięki temu film staje się nie tylko opowieścią o starzeniu, ale również zaproszeniem do przyjrzenia się własnym przekonaniom. Czy naprawdę akceptujemy starość, czy jedynie tolerujemy ją tak długo, jak nie wymaga od nas zmiany przyzwyczajeń? I co się dzieje, gdy człowiek przestaje pasować do wyobrażenia o tym, jak powinien wyglądać, funkcjonować i żyć? Starość pod lupą Zdaniem Justyny Dąbrowskiej film pokazuje problem starości niczym szkło powiększające. Przyłożenie lupy do zjawisk obecnych wokół nas pozwala dostrzec ich skalę i konsekwencje. To ważne, bo ageizm, czyli dyskryminacja ze względu na wiek, nie zawsze przybiera postać otwartej wrogości. Często ukrywa się w pozornie neutralnych ocenach, protekcjonalnym tonie, wykluczających decyzjach albo przekonaniu, że starszy człowiek nie potrzebuje już tego samego co inni. Problem zaczyna się wtedy, gdy wiek staje się ważniejszy niż osoba. Kiedy przestajemy pytać, czego ktoś chce, co lubi i jak zamierza spędzać czas, a zaczynamy decydować za niego, ponieważ uznajemy, że w pewnym wieku pewne rzeczy już nie przystoją, nie są potrzebne albo nie mają sensu. Dlaczego tak bardzo boimy się starzenia? Lęk przed starością nie bierze się wyłącznie z obawy przed zmarszczkami, utratą sił czy pogorszeniem zdrowia. Dotyczy także miejsca, jakie będziemy zajmować w świecie, kiedy przestaniemy spełniać jego wymagania. W społeczeństwie nastawionym na efektywność i tempo łatwo uwierzyć, że człowiek jest tyle wart, ile potrafi zrobić, osiągnąć, wyprodukować i zaoferować innym. W rozmowie pojawia się zatem pytanie o to, jaką pozycję przyznajemy starszym osobom i co właściwie oznacza dla nas dobre życie. Czy potrafimy myśleć o starości inaczej niż przez pryzmat strat?

„Życie jest fabryką odrzucenia”. Weronika Rosati o Hollywood, ulubionej samotności i cenie niezależności | „Ukryte piękno”. odc. 34 13 Oct 2026

„Jestem osobą bardzo introwertyczną, nie lubię zamieszania wokół siebie. Jestem typem samotnika i trochę odludka”” – mówi Weronika Rosati w podcaście „Ukryte piękno”. Aktorka, która od lat próbuje budować karierę między Polską a Stanami Zjednoczonymi, dobrze wie, że spełnianie marzeń nie zawsze przypomina filmową opowieść o sukcesie. Beata Biały pyta aktorkę o Hollywood jako fabrykę odrzucenia. Rosati nie zgadza się jednak, by przypisywać tę właściwość wyłącznie przemysłowi filmowemu. Jej zdaniem odrzucenie jest wpisane w samo życie, a doświadczenia zawodowe w Stanach Zjednoczonych nie zawsze były trudniejsze niż te, które spotykały ją w Polsce. Aktorka mówi wprost, że w kraju częściej mierzy się z uprzedzeniami i układami. W Stanach Zjednoczonych ma natomiast poczucie, że może zaczynać z czystą kartą. Nie oznacza to, że tamtejszy rynek jest wolny od rywalizacji czy rozczarowań. Różnica polega na tym, jak interpretuje przeszkody i czy widzi w nich rezultat własnych decyzji, czy mechanizmów, na które nie ma wpływu. „Odrzucenie mnie nawet nie boli, mnie boli niesprawiedliwe odrzucenie” – wyznaje Rosati. To rozróżnienie mówi wiele o jej podejściu do kariery. Odmowa jest częścią zawodowego ryzyka, szczególnie w branży, w której o angażu decydują nie tylko talent i przygotowanie, lecz dziesiątki okoliczności. O krok od wielkich ról W karierze aktorki nie brakowało momentów, w których wydawało się, że kolejne zawodowe drzwi otwierają się jednocześnie. Rosati wspomina okres po wypadku, kiedy na ekranach pojawiały się produkcje z jej udziałem, a zainteresowanie jej osobą rosło zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce. Wśród projektów wymienia serial Michaela Manna z Dustinem Hoffmanem, film z Sylvestrem Stallone’em oraz „Obławę”, w której wystąpił także Michael Douglas. Al Pacino, Robert De Niro - koledzy z pracy W rozmowie pojawiają się także nazwiska, które dla wielu aktorów pozostają symbolami niedoścignionego mistrzostwa. Beata Biały pyta Rosati o Ala Pacino, z którym poznała się dwadzieścia lat temu podczas kolacji. Aktorka nie chce jednak opowiadać o nim szerzej. Podkreśla, że znają się prywatnie, a on sam bardzo chroni swoją prywatność. W jej opowieści nie ma miejsca na budowanie sensacji wokół znajomości z gwiazdą. Kiedy rozmowa schodzi na cechy łączące artystów, którzy przez dekady utrzymują się na szczycie, Rosati wskazuje przede wszystkim osobowość. Jej zdaniem największe nazwiska kina wyróżnia silna, niepowtarzalna indywidualność. Wspomina, że Pacino najchętniej grałby Szekspira, podczas gdy Robert De Niro, obok talentu artystycznego, ma również zmysł biznesowy. Samotność to nie zawsze smutek Choć zawodowo funkcjonuje w świecie, który nieustannie przyciąga uwagę, prywatnie Rosati określa siebie jako introwertyczkę. Nie przepada za zamieszaniem wokół własnej osoby, a najlepiej czuje się jako samotniczka i, jak sama żartobliwie przyznaje, trochę odludek. Ten obraz może zaskakiwać w przypadku aktorki, której praca polega na obecności przed kamerą i funkcjonowaniu w przestrzeni publicznej. Nie ma jednak sprzeczności między potrzebą prywatności a wykonywaniem zawodu, który wystawia człowieka na ocenę. Można lubić scenę, a jednocześnie nie chcieć, by każdy aspekt życia stawał się przedmiotem zainteresowania innych. Można też cenić niezależność i potrzebować czasu spędzanego w samotności, bez konieczności tłumaczenia się z własnych wyborów. „Niezależna kobieta wciąż jest szemrana” Wizerunek Rosati to wizerunek kobiety silnej, ambitnej i samodzielnej. Aktorka wychowuje córkę, rozwija karierę i nie ukrywa, że nie zawsze jest jej łatwo. Kiedy Beata Biały pyta, czy pozwala sobie na momenty słabości, Rosati odpowiada z charakterystyczną dla siebie bezpośredniością: owszem, czasem przez pięć minut ma dość, ale potem przypomina sobie o obowiązkach. Trzeba włączyć pralkę, wykonać telefon, zająć się kolejną sprawą. Życie nie zatrzymuje się tylko dlatego, że człowiek potrzebuje chwili wytchnienia.

„Lęk nie jest prognozą”. Co naprawdę pomaga w wychodzeniu z kryzysu? | „Kryzys wieku każdego” odc. 2 09 Oct 2026

„Kryzys jest takim ciekawym momentem, kiedy zwykłe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością nie wystarczają” – mówi prof. Robert Kowalczyk, psycholog w podcaście „Kryzys wieku każdego” z prof. Katarzyną Waszyńską, psycholożką i Ewą Podsiadły-Natorską, dziennikarką. I choć słowo „kryzys” najczęściej kojarzy nam się z czymś, co trzeba jak najszybciej zażegnać, psychologia proponuje inne spojrzenie. Kryzys może być trudny, destabilizujący, pełen lęku i niepewności, ale może też stać się momentem, w którym przestajemy działać automatycznie i zaczynamy sprawdzać, czego właściwie potrzebujemy. Nie istnieje jeden uniwersalny moment życia, w którym kryzys ma prawo się pojawić. Może przyjść po utracie pracy, rozstaniu, chorobie czy zmianie sytuacji rodzinnej. Ale równie dobrze może pojawić się wtedy, gdy z zewnątrz wszystko wygląda dobrze. Człowiek ma rodzinę, pracę, stabilność finansową, osiągnięcia, a mimo to zaczyna zadawać sobie pytania, których wcześniej nie chciał albo nie musiał zadawać. Kryzys nie pyta o metrykę Prof. Katarzyna Waszyńska zwraca uwagę, że kryzys obejmuje nie tylko spektakularne życiowe przełomy. Psychologicznie ważne są również okresy „pomiędzy” – momenty przejścia z jednego etapu w drugi, takie jak dojrzewanie czy kolejne zmiany związane z dorosłością. Właśnie wtedy mogą pojawić się niepewność i lęk, ale jednocześnie otwiera się możliwość spojrzenia na swoje życie z nowej perspektywy. Dlatego kryzys nie zawsze oznacza, że coś w naszym życiu poszło nie tak. Czasami oznacza po prostu, że dotychczasowy sposób funkcjonowania przestał wystarczać. „Mam wszystko, ale nie wiem, po co mi to” Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów jest kryzys egzystencjalny. Można go długo przeżywać po cichu, ponieważ nie musi być związany z żadnym konkretnym wydarzeniem. W gabinecie prof. Katarzyny Waszyńskiej pojawił się 48-letni pacjent, który miał rodzinę i majątek, a więc – jak sam uważał – wszystko, o czym wcześniej marzył. Problem polegał na tym, że zaczął pytać siebie, po co mu to wszystko, kim właściwie jest i czy jest szczęśliwy. Takie pytania potrafią być bardziej destabilizujące niż zewnętrzny kryzys, bo nie da się na nie odpowiedzieć prostą decyzją. Nie wystarczy zmienić pracy, przeprowadzić się czy zakończyć związku. Trzeba przyjrzeć się własnym wartościom, potrzebom i wyobrażeniu o tym, jak miało wyglądać dobre życie. I właśnie dlatego – jak zauważa prof. Kowalczyk – do gabinetu można trafić zarówno wtedy, gdy kryzys już trwa, jak i wtedy, gdy dopiero czujemy, że zbliża się jakaś zmiana. Motywacja może być wewnętrzna: zauważamy, że stare sposoby radzenia sobie nie działają. Może też przyjść z zewnątrz, gdy bliscy widzą, że utknęliśmy w schemacie, którego sami nie potrafimy dostrzec. Czy naprawdę jesteśmy w kryzysie? W epoce, w której psychologia stała się językiem codzienności, łatwo nazwać niemal każdą trudność kryzysem. Tymczasem prof. Katarzyna Waszyńska przypomina, że „nie każda sytuacja problemowa jest sytuacją kryzysową”. To ważne rozróżnienie, szczególnie gdy mamy skłonność do analizowania każdej emocji i każdego spadku formy. Prof. Robert Kowalczyk idzie krok dalej. Jego zdaniem z perspektywy osoby, która cierpi, samo nazwanie sytuacji nie zawsze jest najważniejsze. Diagnoza ma przede wszystkim pomóc terapeucie dobrać odpowiednie narzędzia. W kulturze, w której psychologiczne pojęcia coraz częściej opisują nasze codzienne doświadczenia, etykieta może bowiem zarówno przynieść ulgę, jak i dodatkowo obciążyć. Kiedy nazwaliśmy coś „kryzysem”, łatwo zacząć myśleć, że właśnie w kryzysie jesteśmy – i że teraz trzeba koniecznie znaleźć jego przyczynę. Lęk nie jest prognozą przyszłości Kryzys bardzo łatwo uruchamia wyobraźnię. Kiedy tracimy poczucie bezpieczeństwa, umysł zaczyna szukać zagrożeń i przewidywać kolejne. Prof. Katarzyna Waszyńska zauważa, że niektórym osobom lęk myli się wtedy z przewidywaniem przyszłości.

„Jestem wdzięczna za trudne momenty”. Joanna Jędrzejczyk o psychologicznych grach i zasadzie „jednej doby” | „Soft power” odc. 2 08 Oct 2026

„Mam różowy kij bejsbolowy przy łóżku i alarm w sypialni. Były długoletni partner chwycił mnie, bo nie chciał zrozumieć, że to koniec. Nie byłam wtedy "J.J.", rozpadłam się na milion kawałków – mówi Joanna Jędrzejczyk w podcaście „Soft power”, Sylwii Sitkowskiej i Magdaleny Kuszewskiej. Mistrzyni świata w sportach walki opowiada o cenie sukcesu, sile po porażce, psychologicznej grze w ringu, przemocy w związku i o tym, dlaczego prawdziwa siła nie zawsze musi oznaczać walkę. Podczas walki w Madison Square Garden straciła pas mistrzowski. Po wszystkim zamieściła w mediach społecznościowych zdjęcie, na którym się uśmiechała. Jeden z komentujących nie mógł tego zrozumieć: jak można się uśmiechać po upokorzeniu i utracie tytułu? Odpowiedź Jędrzejczyk była prosta, ale mówi o życiowej perspektywie znacznie więcej niż niejeden poradnik o odporności psychicznej. „Cieszę się, bo żyję, bo mam dwie ręce, a wokół siebie rodzinę” – powiedziała. Każdy kiedyś zderzy się z ciężarówką Status, pieniądze, popularność czy sukces nie chronią przed kryzysem. W pewnym momencie życie potrafi odebrać człowiekowi poczucie kontroli, niezależnie od tego, jak dobrze radził sobie wcześniej. Jędrzejczyk opisuje takie doświadczenia bez wielkich słów, za to obrazowo: „Trudne momenty to są takie zderzenia z ciężarówką, które ma każdy, niezależnie od statusu”. Siła nie zawsze wygląda jak cios W podcaście „Soft power” widać właśnie ten paradoks: Joanna Jędrzejczyk przez lata budowała swoją pozycję w świecie kojarzonym z fizyczną siłą, a dziś mówi o sile przede wszystkim jako o zdolności do podejmowania decyzji, ponoszenia ich konsekwencji i rozpoznawania własnych granic. Psychologia od początku była częścią jej sportowego świata. W walce nie chodzi przecież wyłącznie o technikę, kondycję czy siłę mięśni. Jest jeszcze napięcie, strach, ból i próba odczytania przeciwnika. „Czujesz ból i jest gra psychologiczna” – mówi Jędrzejczyk, odpowiadając na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o to, ile w sportach walki jest psychologicznej rozgrywki. „Idźcie po swoje” Jędrzejczyk nie romantyzuje jednak ciężkiej pracy. Jej historia jest mocno związana z ambicją i przekonaniem, że na swoje miejsce trzeba zapracować. „Jeżeli ciężko pracujecie, idźcie po swoje” – mówi. Zaraz dodaje: „Szczęście sprzyja tym, którzy ciężej pracują i więcej ryzykują”. Biznes, kontrakty i zasada jednej doby Jedną z zasad, które szczególnie mocno podkreśla, jest samodzielność. Przez lata sama negocjowała swoje kontrakty i nie zamierzała oddawać odpowiedzialności za własne interesy komuś innemu. Jej rada jest prosta i może przydać się znacznie szerzej niż tylko osobom pracującym w sporcie: czytajcie dokumenty, zanim je podpiszecie. „Jeżeli ktoś ci mówi, że masz od razu podpisać jakiś dokument, to odpowiedz, że potrzebujesz doby na zapoznanie się” – radzi. „Rozpadłam się na milion kawałków” Najbardziej przejmujący fragment rozmowy dotyczy jednak sytuacji, w której sportowa siła przestała mieć znaczenie. Jędrzejczyk opowiada o doświadczeniu przemocy ze strony byłego długoletniego partnera. Wspomina moment, kiedy mężczyzna chwycił ją, ponieważ nie chciał zaakceptować końca związku. To doświadczenie pokazuje inną twarz przemocy: taką, o której często trudno mówić, szczególnie osobie przyzwyczajonej do tego, że inni postrzegają ją jako niezwyciężoną. „Nie byłam wtedy »J.J.«, rozpadłam się na milion kawałków” – mówi. Zareagowała krzykiem, chcąc, żeby usłyszeli ją sąsiedzi. Dziś w sypialni ma alarm, a przy łóżku różowy kij bejsbolowy. Nie opowiada o tym po to, żeby budować kolejny obraz twardej wojowniczki. Przeciwnie – pokazuje moment, w którym nawet osoba znana z siły może poczuć się bezradna i przestraszona. Jej przesłanie do kobiet jest jednoznaczne. „Dziewczyny, nie dajcie się i pamiętajcie, że taka sytuacja trwa, dopóki nie powiecie »dość«” – mówi. To nie jest opowieść o bohaterskim pokonaniu przeciwnika. To opowieść o odzyskiwaniu prawa do własnych granic.

„Bliskość w pracy jest uwodząca, ale się nie opłaca”. Dr Małgorzata Majewska o kulturze... dowożenia i zastraszania | „Rozmowy z sensem” odc. 1 08 Oct 2026

„Dowożę, więc jestem” – brzmi jak współczesna wersja kartezjańskiego „myślę, więc jestem”. Tyle że za tym pozornie niewinnym słowem kryje się coś więcej niż zawodowa skuteczność: potrzeba bycia potrzebnym, lęk przed odrzuceniem i przekonanie, że na odpoczynek trzeba sobie najpierw zasłużyć. O tym, co mówi o nas język pracy, rozmawiają w premierowym podcastu „Rozmowy z sensem” Agnieszka Radomska, dziennikarka, oraz dr Małgorzata Majewska, psycholingwistka. Współczesna kultura pracy stworzyła cały słownik gotowości. „Jestem pod telefonem”. „Jak coś, to pisz”. „Podeślij, zerknę wieczorem”. „Mogę jeszcze dzisiaj dowieźć”. Te zdania brzmią niewinnie, a jednak składają się na bardzo konkretny komunikat: można na mnie liczyć zawsze. Praca zmieniła znaczenie Pandemia przyspieszyła proces, który już wcześniej był widoczny. Praca przestała być wyłącznie miejscem, do którego się chodzi. Stała się czymś, co może być wszędzie: w telefonie, na kanapie, podczas kolacji, w sypialni, w samochodzie między jednym spotkaniem a drugim. „Język nam pokazuje, że mamy niezgodę na starą narrację, ale ta nowa się jeszcze nie wytworzyła” – mówi psycholingwistka. To trafnie opisuje moment, w którym jesteśmy. Nie chcemy już bezrefleksyjnie powtarzać, że sukces wymaga poświęcenia wszystkiego. Wiemy, że potrzebujemy równowagi, granic i czasu poza pracą. Jednocześnie nadal posługujemy się językiem, który nagradza nieustanną gotowość. Czy można odmówić bez poczucia winy? Jednym z najtrudniejszych słów w zawodowym słowniku okazuje się „nie”. Odmowa może być odbierana niemal jak komunikat o zerwaniu relacji: nie chcę, nie zależy mi, nie jestem lojalna, nie jestem wystarczająco zaangażowana. Dr Majewska mówi o „zdolności negatywnej” – psychologicznej umiejętności wytrzymywania dyskomfortu, niewiedzy i niepewności związanej z tym, jak otoczenie zareaguje na naszą odmowę. To ważne, bo granice nie są magicznym narzędziem, dzięki któremu wszyscy nagle zaczynają je respektować. „Chcą takich złotych rad: jak stawiać granice, żeby nie bolało. Szkopuł w tym, że stawianie granic zawsze boli” – zauważa. Lęk jako smycz Władza w pracy nie zawsze mówi językiem rozkazów. Czasem wystarczy sugestia, że powinniśmy być wdzięczni. „Ciesz się, że masz pracę” może brzmieć jak rada, ale może też stać się narzędziem kontroli. Dr Majewska nazywa lęk „smyczą” i podkreśla, że mechanizm ten nie ogranicza się wyłącznie do kultury pracy. Lękiem można zarządzać także w relacjach, rodzicielstwie czy obszarze zdrowia. Najważniejsze staje się więc nie pytanie, czy powinniśmy się bać, ale co robimy z własnym lękiem. „Teraz piłka jest po mojej stronie, czy ja sobie na to pozwolę, czy nie. Warto zapytać siebie, co mi to robi” – mówi ekspertka. Pułapka bliskości Nie chodzi przy tym o stworzenie człowieka, który już niczego się nie boi. Taka wizja byłaby kolejną fantazją o idealnym funkcjonowaniu. To również zmienia sposób, w jaki możemy rozmawiać sami ze sobą. Zamiast natychmiast uciszać emocję, można spróbować ją usłyszeć. „Nie ma żadnej cudownej recepty na to, jak rozmawiać ze sobą” – mówi dr Majewska. I właśnie ta rezygnacja z kolejnej złotej zasady może być paradoksalnie uwalniająca. Dr Majewska zwraca uwagę, że kiedy pracownik zaczyna traktować relację z przełożonym jak relację osobistą, może tracić część swojej pozycji negocjacyjnej. Jeśli wiemy, że szefowa właśnie przeżywa trudny moment prywatny, jej problemy mogą zacząć wpływać na to, czy w ogóle poprosimy o podwyżkę. „Po co idziemy do pracy? Żeby zarabiać pieniądze” – przypomina Majewska. Pytanie dotyczy granicy: czy bliskość pomaga nam funkcjonować, czy zaczyna sprawiać, że rezygnujemy z własnego interesu. Czy lojalność wobec zespołu nie oznacza przypadkiem mniejszej pensji, kolejnych nadgodzin albo zgody na zadania, których nie jesteśmy w stanie wykonać bez kosztów dla życia poza pracą?

„Everestem może być rozwód, utrata pracy, każda trudna sytuacja”. Martyna Wojciechowska o wychodzeniu z traumy i źródłach swojej siły | „Kobiety rządzą” 06 Oct 2026

„Żaden cel nie jest końcem drogi” – mówi Martyna Wojciechowska w podcaście „Kobiety rządzą" Joanny Olekszyk, redaktorki naczelnej „Zwierciadła”. Podróżniczka wraca do jednej z najtrudniejszych historii swojego życia, opowiada o wypadku, w którym straciła przyjaciela i operatora Rafała Łukaszewicza, o tym, jak po latach zmienia się perspektywa na traumę, i dlaczego największym Everestem okazało się dla niej macierzyństwo. Rozmawiają także o wychowywaniu odważnych dzieci, lęku, który łatwo przekazać kolejnemu pokoleniu, oraz o tym, dlaczego dziś zamiast dawać młodym ludziom rady, Martyna chce przede wszystkim ich słuchać. Dwadzieścia lat później patrzy na tę historię inaczej Niektóre wydarzenia nie kończą się w chwili, kiedy fizycznie się kończą. Zostają w pamięci, w ciele, w sposobie podejmowania decyzji. Czasem potrzebują wielu lat, żeby można było opowiedzieć je sobie na nowo. Dla Martyny Wojciechowskiej takim momentem był wypadek z nocy z 20 na 21 października 2004 roku. Wtedy straciła Rafała, swojego przyjaciela i operatora, a sama doznała poważnych obrażeń, w tym złamania kręgosłupa. Dziś wraca do tamtego doświadczenia z perspektywy osoby o 20 lat starszej. Jak mówi, „historia zaczyna się w dramatycznym dla mnie momencie”, ale tym razem interesuje ją nie tylko to, co wydarzyło się wtedy, lecz także to, jak sama zmieniła się przez kolejne dwie dekady. Wspomina przede wszystkim poczucie bezsilności i pytanie, które długo za nią chodziło: dlaczego to właśnie ona przeżyła? To poczucie, że trzeba światu uzasadnić własne ocalenie, stało się jednym z motorów jej dalszego życia. Dopiero po latach mogła spojrzeć na tamten czas inaczej. „Przeżywanie traumy wtedy i 20 lat później wyglądało zupełnie inaczej” – mówi. W tamtym momencie nie miała diagnozy depresji, nie potrafiła też nazwać wszystkiego, co się z nią działo. Powrót do historii w książce „20 lat później. Przesunąć horyzont” jest więc nie tyle rozdrapywaniem przeszłości, ile próbą zrozumienia siebie sprzed lat. Wojciechowska od lat porusza się po świecie, w którym góry są czymś więcej niż tylko geografią. Są językiem, którym można opowiedzieć o życiu. W rozmowie z Joanną Olekszyk przekonuje, że każdy człowiek ma własny Everest – nawet jeśli nigdy nie założył raków i nie stanął na lodowcu. „Symbolicznym Everestem, o którym piszę w książce, nie musi być koniecznie wypadek, w którym ginie twój przyjaciel, a ty masz załamany kręgosłup. To może być rozwód, utrata pracy i każde inne trudne doświadczenie” – mówi. Ta metafora działa właśnie dlatego, że nie romantyzuje cierpienia. Nie każde życiowe wyzwanie jest spektakularne. Czasem największą górą jest coś, czego z zewnątrz właściwie nie widać. Podobnie jest z sukcesem. Zdobycie szczytu nie oznacza przecież, że od tej pory wszystko będzie już łatwe. Wojciechowska zauważa, że we wspinaczce można wejść bardzo wysoko, a potem odkryć, że zejście bywa równie wymagające. Na szczycie pojawia się zresztą kolejne pytanie: co dalej? „Mówi się w himalaizmie, że odnieść sukces to przeżyć” – przypomina. A chwilę później pojawia się zdumienie: skoro jestem tutaj, to ile jeszcze przede mną? Odpowiedź jest prosta i zarazem niewygodna: „żaden cel nie jest końcem drogi”.

Cała prawda o wypełniaczach: jak długo zostają w skórze? Czy zawsze dają efekt pillow face? Rozmowa z dr n.med. Dianą Kupczyńską | „Pod skórą”, odc. 3 05 Oct 2026

Wypełniacze na bazie kwasu hialuronowego przeżywają w ostatnim czasie wizerunkowy kryzys. Wielu kobietom zaczęły kojarzyć się z nienaturalnym, przerysowanym wyglądem. Kontrowersje wzbudzają też coraz częstsze doniesienia na temat gromadzenia się wypełniaczy i ich zalegania w tkankach przez lata. Czy jest się czego bać? Wraz z lekarką medycyny estetycznej dr Dianą Kupczyńską ustalamy fakty i mity na temat wypełniaczy. Skąd się bierze efekt „nadmuchanej” twarzy? Wypełniacze bazujące na kwasie hialuronowym, choć wciąż chętnie stosowane przez lekarzy medycyny estetycznej, zaczynają tracić popularność wśród pacjentek. Kobiety boją się nienaturalnych efektów po zabiegu, ale i tego, że raz wstrzyknięta substancja zostanie w twarzy już na zawsze. Gościni 3. odcinka podcastu „Pod skórą”, dr n.med. Diana Kupczyńska, nie dziwi się tym obawom. – Widzimy zarówno wśród rodzimych, jak i zagranicznych gwiazd tak zwany overfilled syndrome. Jest to efekt „dopychania” często dużych objętości mocno sieciowanych preparatów. Takim flagowym przykładem są te wielkie policzki, takie piłeczki pingpongowe, które dają wrażenie, jakby ta skóra na wypełniaczu miała zaraz pęknąć. Dwa, optycznie oczy są wtedy bardzo małe i robi się taka półeczka pod oczami – mówi specjalistka. Dr Kupczyńska zauważa przy tym, że często problemem nie jest sam preparat, lecz podawanie go przez niekompetentną osobę, przy ignorowaniu naturalnych ograniczeń anatomicznych pacjenta. – Jeżeli ktoś na jednej sesji ma podane 20-30 mililitrów, objętość dla mnie nie do pojęcia rozumem, to nie ma możliwości, żeby ten efekt się długo utrzymał, bo człowiek nie jest z plasteliny – zauważa lekarka. – Nie da się w odpowiedniej warstwie anatomicznej „wepchać” po 5-6-10 mililitrów. Szczególnie jak ktoś jest drobny, ma drobną twarzoczaszkę. To stawia w zupełnie innym świetle popularne zdjęcia metamorfoz przed i po, na które tak często natykamy się w internecie. Jeśli po zabiegu wypełniaczami widzimy pacjentkę z zupełnie nową twarzą, o innych rysach i proporcjach – prawdopodobnie podano jej bardzo dużą ilość preparatu, który w przyszłości będzie wymagał ciągłych uzupełnień. A stąd prosta droga do overfilled syndrome. – To jest rola lekarza, takiego jak ja czy moich kolegów i koleżanek, żeby takim pacjentkom urealnić oczekiwania. A kiedy trzeba, to im odmówić. A kiedy trzeba, to skierować na konsultację psychologiczną, bo często osoby, które oczekują spektakularnej zmiany swojego wyglądu zabiegami z zakresu medycyny estetycznej, cierpią z powodu dysmorfofobii – tłumaczy dr Diana Kupczyńska. Z 3. odcinka podcastu „Pod skórą” dowiesz się także, jak długo wypełniacze na bazie kwasu hialuronowego mogą utrzymywać się w skórze, w które rejony twarzy nie powinno się ich podawać oraz dlaczego stymulatory tkankowej wcale nie są dla nich lepszą alternatywą. Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy. Prowadząca Aleksandra Urbaniak wraz z ekspertami omawia źródła najnowszych trendów, obala szkodliwe mity i ujawnia przemilczane fakty na temat zabiegów zyskujących popularność. To rozmowy dające zdrową perspektywę na obowiązujące standardy piękna wyznaczane przez social-media, które coraz częściej dyktują nam, jak wyglądać i co robić ze swoimi ciałami.

„Od dziecka czułam się inna. Nie umiałam się dostosować”. Paulina Gałązka o diagnozie ADHD i uczeniu się siebie na nowo | „W czułym zwierciadle” 02 Oct 2026

„Krytyk wewnętrzny podlewany w dzieciństwie zawsze będzie” – mówi Paulina Gałązka w nowym sezonie podcastu „W czułym zwierciadle”, Małgorzaty Serafin . Aktorka opowiada o dorastaniu z poczuciem niedopasowania, późnej diagnozie ADHD i spektrum autyzmu, maskowaniu, które przez lata pozwalało jej funkcjonować, ale także o cenie, jaką za to płaciła. Neuroróżnorodność nie ma jednego wyglądu. U Pauliny splatają się różne doświadczenia związane zarówno z deficytem uwagi, jak i nadaktywnością psychoruchową. Szczególnie wyraźnie widać to przy czynnościach, które jej nie interesują. Sprzątanie, zakupy czy zwykłe „ogarnianie życia” nie są dla niej neutralnymi, automatycznymi elementami codzienności. Kiedy zadanie jest nudne, utrzymanie uwagi wymaga świadomego wysiłku. Z kolei praca, która ją angażuje, może uruchamiać zupełnie inny poziom koncentracji i energii. Ta różnica jest jednym z powodów, dla których o ADHD coraz częściej mówi się nie tylko w kontekście trudności, lecz także specyficznego sposobu zarządzania uwagą, energią i zainteresowaniem. Nie chodzi o prosty podział na „potrafię się skupić” i „nie potrafię się skupić”. Znacznie częściej pytanie brzmi: na czym, w jakich warunkach i jakim kosztem jestem w stanie się skupić? „Zaproszenie równa się obrażenie” Neuroróżnorodność wpływa również na relacje. Paulina z czasem nauczyła się, że łatwiej jest jej utrzymywać przyjaźnie z osobami, które zna od lat. Nowe relacje bywają trudniejsze, szczególnie kiedy równocześnie pojawia się nowy projekt zawodowy. Aktorka opisuje swój schemat z dużą autoironią. Kiedy angażuje się w nowe przedsięwzięcie, potrafi niemal całkowicie zniknąć z życia towarzyskiego. Jej mąż określił to żartobliwie: „zaproszenie równa się obrażenie”. Za dowcipem kryje się jednak ważna obserwacja – neuroróżnorodność może wpływać także na to, jak gospodarujemy społeczną energią i jak utrzymujemy kontakt z bliskimi. Od mieszkania bez bieżącej wody do Łódzkiej Filmówki Historia Pauliny Gałązki to jednak nie tylko opowieść o diagnozie. To również historia ambicji, determinacji i decyzji podejmowanych wbrew temu, co inni uznawali za rozsądne. W liceum usłyszała od wychowawczyni, że ze względu na pochodzenie z ubogiej rodziny nie powinna wybierać szkoły aktorskiej. Miała zająć się mamą i zdobyć „porządny zawód”. Początkowo posłuchała tej rady. Wybrała stosunki międzynarodowe i nawet zaczęła się w nich odnajdywać. Po roku przyszedł jednak kryzys, a wraz z nim pytanie o własne życie. Czułość zamiast naprawiania siebie W historii Pauliny szczególnie mocno wybrzmiewa zmiana perspektywy. Przez lata próbowała znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego nie działa tak jak inni. Dziś ważniejsze staje się dla niej pytanie, czego potrzebuje, żeby działać po swojemu i jednocześnie dobrze funkcjonować w świecie, który nie zawsze jest projektowany z myślą o osobach neuroróżnorodnych. Jej opowieść nie jest więc historią o diagnozie, która nagle wszystko wyjaśnia. Jest raczej zapisem procesu – od poczucia bycia „czarną owcą”, przez rozpoznawanie własnych trudności, aż po budowanie sposobów, które pozwalają lepiej zarządzać codziennością, pracą i relacjami. Także bez rezygnowania z ambicji. W tle pozostaje jeszcze historia mamy, którą Paulina nazywa fighterką. Kobiety, która samotnie wychowała dwie córki i mimo bardzo trudnych warunków – dziewczynki mieszkały w domu bez bieżącej wody – musiała zrezygnować z własnych marzeń. Dla Pauliny ta pamięć stała się częścią własnej motywacji: żeby nie odkładać życia na później i nie pozwolić, by cudze wyobrażenia o tym, co „rozsądne”, zdecydowały za nią. W nowym sezonie podcastu „W czułym zwierciadle” Małgorzata Serafin, dziennikarka, rozmawia z twórcami, artystami oraz przedstawicielami świata biznesu o ADHD. Bez upraszczania tematu do internetowych etykiet i bez sprowadzania ADHD wyłącznie do problemów z koncentracją.

„Kim jestem, jak nie pomagam wszystkim?”. Joanna Chmura o tzw. mental load i sztuce odpuszczania | „Słowo do słowa”, odc. 13 02 Oct 2026

„Nie chciałabym wrócić do etapu, kiedy moje życie jest na końcu. Dlaczego tak sobie robimy?” – pyta Joanna Brodzik w rozmowie z psycholożką Joanną Chmurą. I trudno o pytanie bardziej aktualne. Bo przecież wiemy, że jesteśmy zmęczone. Wiemy, że lista rzeczy do zrobienia nigdy się nie kończy. A jednak wciąż dokładamy sobie kolejne zadania, przejmujemy odpowiedzialność za innych i z poczuciem winy próbujemy znaleźć czas dla siebie. Dlaczego tak trudno po prostu odłożyć telefon, usiąść i przez chwilę niczego nie robić? Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy. Nie tylko robimy. Cały czas myślimy Zmęczenie nie zawsze bierze się z liczby obowiązków. Czasem bardziej wyczerpuje nas to, że przez cały dzień jesteśmy ich centrum dowodzenia. Pamiętamy o terminach, zakupach, wizytach, rachunkach, urodzinach, potrzebach dzieci, partnera, rodziców i znajomych. Nawet kiedy fizycznie odpoczywamy, głowa nadal pracuje. Właśnie na tym polega mental load – obciążenie psychiczne związane nie tylko z wykonywaniem zadań, lecz także z pamiętaniem o nich, przewidywaniem kolejnych kroków i pilnowaniem, żeby niczego nie przeoczyć. „Polega to na tym, że w głowie ciągle przerabiamy informacje, żeby nadążyć ze wszystkim, i układamy to jak w szachach” – tłumaczy Joanna Chmura. W efekcie można siedzieć na kanapie, a jednocześnie mentalnie biegać maraton. Problem zaczyna się wtedy, gdy taki stan przestaje być wyjątkiem, a staje się codziennym trybem funkcjonowania. Bo skoro zawsze jest coś do zrobienia, odpoczynek zaczyna wyglądać jak luksus, na który trzeba sobie najpierw zasłużyć. Skąd się bierze potrzeba, żeby wszystko było na naszej głowie? Joanna Brodzik pyta w rozmowie, dlaczego tak często stajemy się menadżerkami własnego domu i życia całej rodziny. Odpowiedź nie jest jednak tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Nie chodzi wyłącznie o perfekcjonizm czy brak umiejętności delegowania. W grę wchodzą również przyzwyczajenia, rodzinne wzorce i przekonania dotyczące tego, co znaczy być dobrą partnerką, matką, córką czy przyjaciółką. Joanna Chmura zwraca uwagę, że nasz układ nerwowy może przyzwyczaić się do funkcjonowania w trybie działania. Szczególnie wyraźnie widać to w macierzyństwie: przez lata jesteśmy potrzebne niemal bez przerwy, więc nawet kiedy sytuacja się zmienia, ciało i głowa nadal pozostają w gotowości. Działanie staje się automatyzmem. A kiedy automatyzm zaczyna być tożsamością, pojawia się znacznie trudniejsze pytanie: kim jestem, kiedy niczego nie organizuję, nie załatwiam i nikomu nie pomagam? „Kim jestem, jak nie pomagam wszystkim?” W kulturze produktywności bezczynność ma zaskakująco złą reputację. Odpoczynek powinien być efektywny, najlepiej regeneracyjny, zaplanowany i wpisany do kalendarza. Nawet relaks potrafimy zamienić w kolejne zadanie do odhaczenia. „Jest wstyd wokół bezruchu i przegięte zostało to w stronę, że wszystko musi być w ruchu” – mówi Joanna Chmura. Przypomina przy tym o najbardziej oczywistym mechanizmie natury: serce, płuca, oczy – wszystko działa w rytmie napięcia i rozluźnienia, otwierania i zamykania. My natomiast próbujemy funkcjonować tak, jakby cały czas trzeba było być „włączonym”. Dlatego zwyczajne poleżenie na kanapie może być czymś więcej niż lenistwem. Może być potrzebnym momentem wyhamowania. Problem w tym, że dla wielu osób właśnie wtedy pojawia się niepokój. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w biegu zyskujemy: więcej robimy, więcej kontrolujemy, jesteśmy potrzebne. Koszt ujawnia się dopiero po czasie. „Tracimy siebie, ale też każdy traci coś innego” – mówi Joanna Chmura. Dla jednej osoby będzie to spontaniczność. Dla innej sen, relacje, zdrowie, seks, twórczość albo zwyczajna przyjemność z nicnierobienia. Możemy też stracić kontakt z własnymi potrzebami, bo przez lata łatwiej było odpowiedzieć na pytanie „czego potrzebują ode mnie inni?” niż „czego ja właściwie potrzebuję?”. Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy.

„Jak nas zalewa emocja w pracy lub domu, to ćwiczymy izometrię”. Prof. Rafał Ohme o samotności biologicznej i spalaniu kortyzolu | „Soft power” odc. 1 01 Oct 2026

„Największym problemem nie będą nowotwory czy choroby serca, a samotność. Nie psychologiczna, a biologiczna” – mówi prof. Rafał Ohme, psycholog, który zakochał się w emocjach, potem w neuronauce, a w końcu w technologii, w premierowym odcinku podcastu „Soft power”z Sylwią Sitkowską i Magdaleną Kuszewską. To rozmowa o tym, co co jest najważniejsze w życiu i że biologia jest przed psychologią. Droga prof. Ohme do świata nauki nie była jednak prostą historią akademickiego awansu. Przez trzy dekady mieszkał w Lublinie i, jak mówi, bardzo długo nie chciał się z tym miastem rozstawać. Lublin był dla niego czymś więcej niż miejscem zamieszkania – dawał poczucie wolności i przekonanie, że można być tym, kim się chce. Do Warszawy przeniosła go dopiero proza życia, choć początkowo próbował znaleźć rozwiązanie pośrednie. Najpierw biologia, potem psychologia Jednym z najbardziej przewrotnych wątków tej rozmowy jest spojrzenie na emocje od strony biologii. W potocznym myśleniu często zakładamy, że kiedy pojawia się konflikt, napięcie czy stres, najpierw trzeba „porozmawiać ze sobą”, przeanalizować sytuację i spróbować zmienić sposób myślenia. Prof. Ohme proponuje odwrócenie kolejności. „Wiecie, co jest najważniejsze w życiu? Biologia” – mówi. Jego zdaniem psychologia zaczyna działać skuteczniej wtedy, kiedy wcześniej zajmiemy się tym, co dzieje się w organizmie. Podczas konfliktu możemy próbować przyjąć perspektywę drugiej osoby i uspokoić emocje, ale jeśli ciało nadal znajduje się w stanie silnego pobudzenia, trudno oczekiwać od mózgu chłodnej analizy. Dlatego najpierw trzeba „uciszyć bombę tykającą w tobie”, czyli obniżyć fizjologiczne pobudzenie związane m.in. z kortyzolem. I tu pojawia się coś zaskakująco prostego: ruch. Zdaniem psychologa organizm można regulować poprzez procesy chemiczne, elektryczne i mechaniczne – właśnie tym zajmuje się neuronauka stosowana. Kiedy emocje zalewają nas w pracy albo w domu, pomocne mogą być nawet ćwiczenia izometryczne, czyli takie, w których napinamy mięśnie bez zmiany ich długości. Chodzi o to, żeby najpierw rozbroić fizjologiczne napięcie, a dopiero potem próbować prowadzić ze sobą bardziej skomplikowany dialog. Samotność zaczyna się w ciele W rozmowie pojawia się także temat, który w epoce cyfrowej nabiera szczególnego znaczenia: samotność. Nie chodzi wyłącznie o poczucie osamotnienia, brak partnera czy wrażenie, że nie mamy z kim porozmawiać. Prof. Ohme mówi o samotności biologicznej – sytuacji, w której człowiek jest coraz mniej otoczony realnymi ludźmi i coraz częściej zastępuje bezpośredni kontakt komunikacją za pośrednictwem ekranów. „Największym problemem w erze cyfrowej nie będą nowotwory czy choroby serca, a samotność” – mówi, podkreślając znaczenie fizycznej obecności drugiego człowieka. Przez tysiące lat żyliśmy wśród innych ludzi. Kontakt wzrokowy, dotyk, bliskość i odczytywanie sygnałów z twarzy drugiej osoby były częścią naszego codziennego funkcjonowania. Dziś możemy mieć setki kontaktów w telefonie i jednocześnie bardzo mało prawdziwej bliskości. Mechanizm, o którym mówi psycholog, jest przy tym bardzo konkretny. Patrzenie sobie w oczy, przytulanie i fizyczna obecność drugiej osoby mogą sprzyjać wydzielaniu oksytocyny, która uczestniczy w regulacji reakcji stresowej. Dlatego – jak podkreśla prof. Ohme – przytulenie człowieka czy nawet psa lub kota jest czymś innym niż obejmowanie drzewa. Potrzebujemy poczuć ciepło, ciężar ciała i bicie serca. Nasz organizm nie żyje przecież w internecie. Soft power, czyli siła bez napinania Właśnie wokół takich historii powstaje nowy cykl podcastów „Soft power”. Sylwia Sitkowska, psycholożka, i Magdalena Kuszewska, dziennikarka, rozmawiają w nim z twórcami, artystami oraz osobami ze świata sztuki i biznesu o wyjątkowych talentach, sposobach myślenia i kompetencjach, które nie zawsze widać na pierwszy rzut oka. To rozmowy o tym, co daje ludziom sprawczość, jak rozwijają swoje możliwości i skąd bierze się ich siła.

„Rodzynkę możemy jeść na wiele sposobów”. Dr Iza Jąderek ma sposób dla par, które już nie patrzą sobie w oczy | „Ukryte piękno”. odc. 33 29 Sep 2026

„Każdy z nas potrzebuje być zauważonym” – mówi dr Iza Jąderek, psycholożka i autorka książki „Bliżej siebie”. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Ukryte piękno” przygląda się temu, co dzieje się z bliskością, kiedy codzienność przejmuje stery. Mówi o pożądaniu, które nie pojawia się w próżni, o uważności, granicach i o tym, dlaczego czasem drogą do lepszego seksu może być… rodzynka. Codzienność ma swoją zdradliwą właściwość: im lepiej coś znamy, tym mniej to zauważamy. Droga do pracy, kubek kawy wypijany rano, dotyk partnera, znajomy zapach jego skóry, pocałunek na powitanie – rzeczy, które kiedyś przyciągały uwagę, po pewnym czasie stają się elementem tła. Nie dlatego, że przestały być ważne. Po prostu mózg nauczył się je pomijać. Zanim pojawi się seks Dr Iza Jąderek zwraca uwagę, że funkcjonowanie na autopilocie jest naturalną częścią naszego życia i ma swoje praktyczne uzasadnienie. Nie możemy przecież każdego dnia przeżywać wszystkiego z intensywnością pierwszego doświadczenia. Problem zaczyna się wtedy, gdy autopilot obejmuje również obszary, które potrzebują naszej obecności. „Nasz świat jest tak skonstruowany, że działamy na autopilocie i to też jest nam potrzebne” – mówi psycholożka. Jak dodaje, warto jednak czasem zatrzymać się i zobaczyć, co naprawdę dzieje się w naszym doświadczeniu. Bo właśnie tam może być przyjemność, radość, spokój czy ekscytacja, ale także złość, smutek, napięcie i inne nieprzyjemne emocje. Uważność nie polega więc na tym, żeby za wszelką cenę czuć się dobrze. Chodzi raczej o skierowanie uwagi na siebie, bez natychmiastowej oceny. „Warto skupić się na wszystkich [tych doświadczeniach] i puścić snop światła na siebie” – tłumaczy dr Jąderek. To podejście dotyczy również seksualności. Zamiast traktować seks jako osobny punkt programu, który trzeba „zrobić”, można zacząć dostrzegać, że seksualność jest częścią nas. I że zaczyna się znacznie wcześniej niż w sypialni. Co wspólnego z seksem ma rodzynka? Na pierwszy rzut oka niewiele. A jednak właśnie rodzynka może być dobrym ćwiczeniem z odzyskiwania kontaktu z własnymi zmysłami. Magdalena Kuszewska pyta dr Jąderek, co jedzenie rodzynki ma wspólnego z seksem. Odpowiedź prowadzi w stronę pozornie banalnych czynności, które możemy przeżywać zupełnie inaczej, jeśli przestaniemy wykonywać je automatycznie. „Chodzi o to, żeby spojrzeć na zwykłe, codzienne czynności jako źródło zmysłowej przyjemności. Rodzynkę możemy jeść na wiele sposobów” – mówi psycholożka. Nie chodzi więc o samą rodzynkę, lecz o zmianę sposobu doświadczania. O zauważenie smaku, faktury, zapachu, temperatury, tego, co dzieje się w ciele. Taka perspektywa może przenieść się również na bliskość z drugą osobą. Dotyk przestaje być jedynie środkiem prowadzącym do określonego celu, a zaczyna być doświadczeniem samym w sobie. W seksualności podobna uważność może oznaczać powrót do ciekawości. Zamiast zakładać, że po kilku czy kilkunastu latach wiemy już o partnerze wszystko, można spróbować spojrzeć na niego inaczej. Dr Jąderek proponuje wręcz, by „traktować seks z osobą, z którą jesteśmy w związku, jakby to miał być pierwszy raz”. Nie jako udawanie nieznajomości, ale jako odzyskanie zainteresowania drugim człowiekiem. Kiedy przestajemy na siebie patrzeć Początek związku często jest czasem intensywnej obserwacji. Patrzymy na siebie, szukamy kontaktu wzrokowego, chcemy być blisko, wychwytujemy drobne gesty. Z czasem wspólne życie przynosi rachunki, obowiązki, dzieci, pracę, zakupy i listy rzeczy do zrobienia. Romantyczne spojrzenie łatwo przegrywa z pytaniem: „Kto odbierze paczkę?”. A przecież potrzeba bycia zauważonym nie znika wraz z upływem lat. Dr Jąderek zwraca uwagę, że smutnym elementem wielu długoletnich relacji jest utrata właśnie tego rodzaju kontaktu. „To smutne, że pary po latach nie patrzą już sobie w oczy i nie całują się. Na początku wpatrujemy się w siebie non stop, a potem ten wzrok zaczyna uciekać na boki: tylko »zrób to, zrób tamto«” – mówi.

„Czterdziestolatki dziś wyglądają młodziej niż kiedyś dwudziestolatki”. 5 zasad stylu Joli Czai | „Słowo do słowa”, odc. 12 22 Sep 2026

„Dojrzałość nie oznacza, że mamy się ubierać jak nasze matki” - mówi stylistka, Jola Czaja w podcaście „Słowo do słowa", Joanny Brodzik. Czy kobieta po czterdziestce powinna jeszcze zastanawiać się, czy „wypada” jej założyć krótką spódnicę, mocny kolor albo sukienkę odsłaniającą ramiona? A może największą zmianą, jaka przychodzi z wiekiem, jest właśnie możliwość przestania przejmowania się takimi pytaniami? Sponsorem odcinka jest Promensil Forte – suplement diety dla kobiet, które również w czasie menopauzy chcą żyć w zgodzie ze swoją naturą. Moda bardzo długo była jednym z narzędzi, za pomocą których społeczeństwo przypominało kobietom, gdzie jest ich miejsce. Wiek miał być widoczny. A wraz z nim – odpowiedni fason, długość spódnicy, fryzura, makijaż i cały zestaw rzeczy, które miały komunikować: jestem już „poważną kobietą”. W rozmowie z Joanną Brodzik Jola Czaja wraca do obrazu kobiet, który pamięta z własnego dzieciństwa. Jak mówi, „byłyśmy dojrzałe i stare z młodu”, a kobiety po pięćdziesiątce często miały charakterystyczne akcesoria podkreślające ich status i wiek. Fryzury były natapirowane, stroje bardziej zachowawcze lub przeciwnie – przesadne, bo wiele kobiet próbowało poprzez wygląd pokazać swój dorobek i pozycję. Ten obraz zmienił się niemal nie do poznania. Czterdziestolatki i pięćdziesięciolatki noszą sneakersy, jeansy, krótkie sukienki, skórzane kurtki, mocną biżuterię. Farbują włosy albo zostawiają siwe. Eksperymentują z trendami i coraz częściej nie pytają już, czy dany fason jest „dla ich wieku”. Paradoks polega na tym, że wraz z większą wolnością pojawiła się nowa presja: skoro możemy wyglądać młodziej, powinnyśmy to robić. „My nie chcemy wyglądać młodziej. My wyglądamy” To jedno z ciekawszych przesunięć, jakie dokonały się w ostatnich dekadach. Kobieta po 40. nie musi już wizualnie deklarować swojego wieku, ale jednocześnie dostaje mnóstwo komunikatów, że najlepiej, jeśli będzie wyglądała tak, jakby wieku nie miała. W reklamach, mediach społecznościowych i świecie mody młodość wciąż bywa traktowana jak synonim atrakcyjności. Jola Czaja odwraca jednak tę perspektywę. „My nie chcemy, my wyglądamy” – mówi, zwracając uwagę na fakt, że współczesne kobiety po prostu funkcjonują inaczej niż poprzednie pokolenia. Mają inne ubrania, fryzury, kosmetyki, dostęp do informacji i znacznie większą świadomość tego, jak chcą się prezentować. Jak dodaje, kiedyś wiele rzeczy po prostu „nie wypadało”. Dziś granice są znacznie dalej. Problem zaczyna się wtedy, kiedy „dbanie o siebie” przestaje być wyborem, a staje się kolejnym obowiązkiem. Wtedy krem, fryzjer, ruch, dieta, ubrania czy makijaż nie służą już temu, żeby dobrze się ze sobą czuć, ale mają przede wszystkim zatrzymać czas. I nagle nawet atrakcyjność zaczyna przypominać zadanie do odhaczenia. Zamiast „wysmukla i odmładza” – po prostu: dobrze mi w tym Wystarczy przejrzeć opisy ubrań kierowanych do dojrzałych kobiet, żeby zobaczyć, jak mocno wciąż funkcjonuje język ukrywania. Fason ma wysmuklać. Materiał ma maskować. Dekolt ma odwracać uwagę. Rękaw ma zasłaniać ramiona. Spodnie powinny „wydłużać nogi”, a sukienka – najlepiej „odejmować lat”. Tyle że ciało nie jest projektem do naprawienia. Zmienia się. I szczególnie po czterdziestce wiele kobiet zaczyna doświadczać tego bardzo konkretnie. Zmieniają się proporcje sylwetki, skóra, sposób odkładania tkanki tłuszczowej, komfort termiczny, a w okresie menopauzy także samopoczucie i relacja z własnym ciałem. To nie oznacza, że trzeba zacząć ubierać się „stosownie do wieku”. Oznacza raczej, że warto nauczyć się swojego ciała na nowo. Jola Czaja proponuje zmianę języka, ale też zmianę wewnętrznego nastawienia. „Przez lata nauczono nas być krytyczną wobec własnego ciała i wymagać od niego więcej, niż na danym etapie życia potrzebuje” – mówi. Sponsorem odcinka jest Promensil Forte – suplement diety dla kobiet, które również w czasie menopauzy chcą żyć w zgodzie ze swoją naturą.

„Najgorsze, co możesz zrobić, to uciekać przed lękiem”. Sebastian Karpiel-Bułecka o wychodzeniu z trudnych emocji | „Kultura i inne przyjemności” 16 Sep 2026

„Lęk potrafi być naprawdę przytłaczający” – mówi Sebastian Karpiel-Bułecka w rozmowie z Zofią Fabjanowską, szefową działu Kultura „Zwierciadła”. Lider Zakopower opowiada o tym, czego nauczyli go ojciec i dziadek, o niezwykłym pożegnaniu z tatą, emocjonalnym koszcie koncertów, stanach lękowych i o tym, dlaczego dziś łatwiej jest mu oswoić własne słabości. Dla muzyka scena może być źródłem ogromnej energii. Jest publiczność, światła, rytm, wspólne granie i szczególny rodzaj porozumienia, którego nie da się do końca przełożyć na język. Karpiel-Bułecka opisuje je wręcz jako „język duchowy” – coś, co powstaje pomiędzy członkami zespołu podczas koncertu. Problem zaczynał się po zejściu ze sceny. Przez lata emocjonalny kontrast między koncertowym pobudzeniem a zwyczajnością po występie potrafił być dla niego bardzo trudny. Ten „skok dopaminowy” po koncercie, jak sam go określa, zostawiał pustkę, szczególnie kiedy nie miał jeszcze rodziny. Po intensywnym doświadczeniu nagle nie było do czego wracać. Artysta przyznaje, że było to trudne doświadczenie bliskie momentami depresji. Dziś ten mechanizm wygląda inaczej. Żona, dzieci, dom i codzienność sprawiły, że po zejściu ze sceny istnieje coś więcej niż tylko cisza. „Od kiedy mam żonę, dzieci, tych skoków emocjonalnych nie czuję” – mówi. Rodzina stała się więc nie tylko przestrzenią prywatności, ale też swoistą przeciwwagą dla życia opartego na ciągłej intensywności. Kiedy wchodzi lęk Jednym z ważniejszych tematów rozmowy jest lęk. Karpiel-Bułecka zdecydował się mówić o swoich stanach lękowych publicznie, choć mógłby przecież pozostawić je w sferze prywatnej. Powód był prosty: skoro sam doświadczył trudności, chciał, żeby jego historia mogła pomóc komuś, kto właśnie przeżywa coś podobnego. Wciąż funkcjonujemy w rzeczywistości, w której problemy psychiczne bywają traktowane inaczej niż choroby ciała. O osobie cierpiącej z powodu lęku czy depresji łatwo powiedzieć, że „przesadza”, „wymyśla” albo powinna po prostu wziąć się w garść. Muzyk sprzeciwia się takiemu myśleniu. „Nerwica lękowa czy depresja to takie same choroby jak na przykład grypa” – podkreśla. Jego zdaniem takie podejście może być ważne zarówno dla osoby, która mierzy się z problemem, jak i dla jej najbliższych. Bo lęk potrafi być absurdalny, a jednocześnie całkowicie realny w odczuciu osoby, która go doświadcza. Muzyk wspomina sytuacje, w których bał się wyjść na scenę, ponieważ był przekonany, że upadnie i umrze. Z zewnątrz trudno znaleźć w takim scenariuszu logikę. Dla człowieka znajdującego się w środku ataku lęku ta irracjonalność nie sprawia jednak, że strach staje się mniej dotkliwy. Odzyskiwanie wpływu Czy można powiedzieć, że Karpiel-Bułecka ma już ten etap za sobą? Odpowiedź jest daleka od efektownej historii o całkowitym zwycięstwie nad własnymi słabościami. „Nie” – przyznaje. Różnica polega na czymś innym: dziś potrafi wcześniej rozpoznać sygnały ostrzegawcze i odpowiednio zareagować. Zamiast czekać, aż lęk urośnie do rozmiarów, z którymi trudno sobie poradzić, stara się wyciszyć, nie brać wszystkiego tak bardzo do siebie i działać profilaktycznie. To podejście jest mniej spektakularne niż opowieść o pokonaniu własnych demonów, ale właśnie dlatego brzmi wiarygodnie. Nie chodzi o to, żeby już nigdy się nie bać. Chodzi o to, by wiedzieć, co zrobić, kiedy strach znowu się pojawi. Karpiel-Bułecka mówi zresztą bardzo stanowczo o tym, czego – jego zdaniem – nie należy robić. Zamknięcie się w domu, pozostanie na kanapie i unikanie sytuacji wywołujących lęk może dawać chwilową ulgę, ale w dłuższej perspektywie tylko wzmacnia problem. „Najgorsze, co możesz zrobić, to ucieczka przed lękiem” – przekonuje. W jego doświadczeniu skuteczniejsza okazuje się droga małych kroków: wychodzenie naprzeciw temu, czego się boimy, nawet jeśli wymaga to sporego wysiłku. Nie jest to recepta na życie bez lęku. Raczej sposób na odzyskiwanie wpływu na własne życie.

Piotr Polak: „Najbardziej wzrusza mnie kino o młodych ludziach, którzy próbują wyrwać się z jakiegoś konwenansu” | „Filmy mojego życia”, odc. 1 15 Sep 2026

Widzowie znają go przede wszystkim jako Michała Holca z serialu „The Office PL”, jednak mało kto wie, że aktor jest prawdziwym kinomanem i wytrwanym znawcą popkultury, dla którego oglądanie filmów i chodzenie do kina jest w zasadzie chlebem powszednim. W nowym podcaście „Zwierciadła” aktor z rozbrajającą szczerością i poczuciem humoru opowiedział nam o filmach i serialach, które miały największy wpływ na jego życie: pierwszych seansach kinowych, hitach swojego dzieciństwa i dorastania oraz współczesnych wyborach, a nawet guilty pleasures. Rozmowę zaczynamy bardzo sentymentalnie – od pierwszych seansów, jakie Piotr Polak pamięta ze swojego rodzinnego domu. Jak sam wspomina, były to głównie filmy z telewizyjnego cyklu „W starym kinie” oraz przegrywane na kasety VHS przez jego tatę. „Mieliśmy ich ze 200. Po dwa tytuły na każdej, a czasem nawet trzy” – dodaje aktor i przyznaje, że była to jego pierwsza styczność z kinem takich mistrzów jak Francis Ford Coppola czy Robert Altman. „Oglądaliśmy dużo filmów z lat 60. i 70., ale wychowałem się tak naprawdę na kiczowatym kinie lat. 80. Było w nim coś naprawdę wyjątkowego”. „Gwiezdne wojny” w Kinie Tatry Kino Tatry w Nowym Targu – to tu Piotr Polak obejrzał swój pierwszy film na dużym ekranie. Była produkcja z jego ukochanego filmowego cyklu, a mianowicie „Gwiezdne wojny: część VI – Powrót Jedi” z 1983 r. Z racji na swój bardzo młody wiek, z wizyty w kinie najbardziej zapamiętał jednak nie to, co działo się na ekranie, a moment tuż przed wejściem na salę kinową, o czym opowiedział nam z typowym dla siebie poczuciem humoru. „Oszalałem na punkcie Spielberga. »E.T.« sprawił, że zapragnąłem zostać aktorem” Piotr Polak, jak sam przyznaje, oglądał w dzieciństwie mnóstwo filmów. Jeden z nich zrobił jednak na nim tak piorunujące wrażenie. „Strasznie się go bałem, ale oszalałem na jego punkcie” – dodaje. Mowa oczywiście o kultowej przygodówce familijnej „E.T.” z 1982 r., która sprawiła, że zapragnął, tak jak wcielający się w główną rolę Henry Thomas, zostać aktorem. Gwiazda „The Office PL” dodaje jednak, że tak naprawdę najbardziej zainspirował go materiał zza kulis powstania filmu pokazywany przez amerykańskie HBO. „Jak to zobaczyłem, zwariowałem totalnie. Pomyślałem sobie, że to najlepsza praca, a właściwie nie praca, a największa przyjemność na świecie”. „Brat pokazywał mi filmy w nocy” Wiele filmów, jakie Piotr Polak oglądał w młodości, pokazał mu jego starszy brat. „Budził mnie w środku nocy i mówił: »Chodź na dół, bo musisz to obejrzeć«. Wśród nich były m.in. takie tytuły jak ikoniczny „Blade Runner” w reżyserii Ridleya Scotta czy muzyczny „Pink Floyd: The Wall” (oba z 1982 r.). Wrażenie na aktorze zrobiły również inne produkcje pokazywane wówczas w telewizyjnej ramówce, takie jak „Noce Cabirii” Federico Felliniego z 1957 r. czy „Ghandi” z 1982 r. z Benem Kingsleyem w roli głównej. „Wtedy też odkryłem, że nie mam problemu z filmami na przykład klasy G i zrozumiałem, że takie produkcje też nie są złe. Na jednym z nich świetnie się bawiłem”. Piotr Polak o filmach które go bawią i wzruszają Chociaż kreacja Piotra Polaka w komediowym „The Office PL” bawi widzów do łez, sam aktor przyznaje, że nie jest wielkim fanem tego gatunku. Owszem, uwielbia odcinki „Przyjaciół” i „Latający cyrk Monthy Pythona”, jednak z trudem przychodzi mu wymienienie konkretnych tytułów, które doprowadzają go do wybuchów śmiechu. „Lubię wyłapywać śmieszne rzeczy w filmach, które nie są komediami”. Jakie filmy powodują u niego natomiast wzruszenie? Tu już aktor odpowiada już bez wahania, wskazując pewien brytyjsko-francuski dramat z 2000 r. „Filmy mojego życia” to nowy podcast „Zwierciadła”, w którym postacie ze świata kultury opowiadają o filmach, które miały największy wpływ na ich życie – od pierwszych seansów kinowych, przez kino dzieciństwa i dorastania, aż po współczesne wybory i guilty pleasures. Rozmowy mają charakter osobisty, oparty na opowieściach i wspomnieniach.

„Brylant wcale nie jest obowiązkowy”. Agata Wojtczak i Jagoda Maruda obalają mity o pierścionkach zaręczynowych | „Guzik prawda”, odc. 1" Artykuł nieopublikowany - link do podglądu 14 Sep 2026

Wokół pierścionka zaręczynowego narosło tyle mitów, że trudno oddzielić fakty od sloganów. Ile powinien kosztować, czy koniecznie musi błyszczeć brylantem i jaki metal jest najlepszy? Na te i inne pytania odpowiadają Agata Wojtczak, projektantka i współzałożycielka marki biżuterii MAAR, oraz Jagoda Maruda, międzynarodowa ekspertka diamentów HRD i założycielka marki JAGG. Obie były gościniami pierwszego odcinka „Guzik prawda” – nowego podcastu „Zwierciadła” prowadzonego przez Karolinę Liczbińską, w którym sprawdzamy, ile prawdy kryje się w modowych przekonaniach powtarzanych bez zastanowienia. Jubilerki opowiedziały w nim, skąd wzięły się najpopularniejsze mity o pierścionkach zaręczynowych i które z nich to czysty marketing. W pierwszym odcinku podcastu „Guzik prawda” Karolina Liczbińska bierze pod lupę pierścionek zaręczynowy – biżuterię, wokół której narosło chyba najwięcej mitów w całej historii jubilerstwa. Mity te na co dzień obalają Agata Wojtczak, współzałożycielka i projektantka biżuterii MAAR, oraz Jagoda Maruda – międzynarodowa ekspertka diamentów HRD, która poza autorskimi kolekcjami JAGG kuruje też unikatową biżuterię vintage sprzed przeszło stu lat. Ile powinien kosztować pierścionek zaręczynowy? Pierwszy mit dotyczy budżetu. Zasada trzech pensji, czyli powszechne zwłaszcza w krajach anglosaskich przekonanie, że na pierścionek trzeba odłożyć równowartość trzymiesięcznej wypłaty, wydaje się Karolinie Liczbińskiej tyleż utrwalona, co kuriozalna. Jak tłumaczy Jagoda Maruda, kiedyś pierścionek pełnił funkcję zabezpieczenia finansowego kobiety – w razie zerwania zaręczyn to ona mogła go zatrzymać. Skąd więc wzięła się konkretna kwota? Zdaniem Agaty Wojtczak odpowiedzi trzeba szukać w kampaniach marki jubilerskiej, która przez dekady budowała na tym haśle pozycję monopolisty na rynku diamentów. Czy ta reguła ma dziś jakiekolwiek przełożenie na polskich klientów? Tego dowiecie się z pełnego odcinka. Czy diament to faktycznie najlepszy kamień do pierścionka zaręczynowego? Najgłębiej zakorzeniony mit dotyczy samego kamienia. Jagoda Maruda cofa się aż do XV wieku, kiedy Maksymilian Habsburg podarował Marii Burgundzkiej pierwszy udokumentowany pierścionek z diamentami. Przez kolejne stulecia to wcale nie brylant królował jednak w zaręczynowej modzie – Napoleon obdarował Józefinę pierścionkiem Toi et Moi z szafirem i diamentem, a królowa Wiktoria nosiła wężowy pierścionek ze szmaragdem. Dopiero XX-wieczna kampania reklamowa monopolisty diamentowego De Beers – z hasłem o brylantach, które są wieczne – ugruntowała to skojarzenie. Czy współczesne pary wciąż się nim kierują, czy jubilerki obserwują odwrót w stronę szafirów i kolorowych turmalinów? I co obie ekspertki sądzą o pierścionku, który towarzyszył zaręczynom Taylor Swift? Odpowiedzi szukajcie w odcinku. W pełnej rozmowie Agata Wojtczak i Jagoda Maruda poruszają też temat diamentów laboratoryjnych, wyboru metalu oraz codziennej pielęgnacji biżuterii, która ma towarzyszyć nam do końca życia. Podcast „Guzik prawda” w każdym odcinku bierze na warsztat modowe mity i sprawdza, skąd się właściwie wzięły – oraz czy jest w nich ziarno prawdy. Karolina Liczbińska rozmawia w nim z ekspertkami i ekspertami z branży, żeby oddzielić fakty od popkulturowych legend.

„Cały nasz styl życia idzie w wątrobę”. Prof. Bożena Muszyńska o terapeutycznej leśnej triadzie, która odmładza i działa przeciwzapalnie | „Jak zdrowie”, odc. 22 10 Sep 2026

„Grzyb kamforowy został nazwany złotem Tajwanu” – mówi prof. Bożena Muszyńska, mykolożka, która w 22. odcinku podcastu „Jak zdrowie” opowiada, dlaczego ten niezwykły gatunek od lat fascynuje badaczy. Antrodia camphorata rośnie naturalnie tylko na Tajwanie, na endemicznym cynamonowcu, a dziś jego wyhodowana grzybnia trafia także do preparatów dostępnych w Polsce. Co sprawia, że zainteresowano się nim właśnie w kontekście wątroby? I czy grzyby, które znamy z lasu i kuchni, rzeczywiście mogą mieć więcej prozdrowotnych właściwości, niż dotąd sądziliśmy? Sponsorem odcinka jest Qpharma producent suplementu diety LivIntro. Jeden z najbardziej zakorzenionych stereotypów mówi, że grzyby są ciężkostrawne i kaloryczne. Prof. Muszyńska proponuje spojrzeć na ten temat inaczej. Jej zdaniem uczucie sytości po zjedzeniu nawet niewielkiej porcji może mieć związek z obecnością składników odżywczych, które oddziałują na jelita i układ regulujący apetyt. Właśnie dlatego grzyby są dziś przedmiotem zainteresowania naukowców zajmujących się m.in. otyłością i metabolizmem. Ekspertka zwraca uwagę na ich wpływ na środowisko jelitowe oraz na procesy związane z produkcją neuroprzekaźników, w tym GLP-1, który uczestniczy w regulacji apetytu i sytości. Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że zjedzenie porcji pieczarek działa jak lek z grupy analogów GLP-1. Mechanizmy biologiczne są znacznie bardziej złożone. Pieczarka? Zwykła tylko z pozoru Jeśli ktoś uważa, że po wartościowe grzyby trzeba koniecznie jechać do lasu, czeka go niespodzianka. Jednym z bohaterów rozmowy jest bowiem pieczarka – grzyb tak powszechny, że łatwo przestać go zauważać. Polska przez lata była jednym z liderów uprawy pieczarek, choć – jak mówi prof. Muszyńska – w ostatnim czasie spadliśmy pod tym względem na czwarte miejsce. Problem w tym, że produkt łatwo dostępny i niedrogi rzadko budzi skojarzenia z czymś szczególnie cennym. A szkoda. Wśród grzybów jadalnych jest zresztą znacznie więcej interesujących gatunków. Boczniaki należą do tych najlepiej przebadanych pod kątem układu krążenia i zdrowia kości. Lakownica jest kojarzona m.in. z działaniem wspierającym układ sercowo-naczyniowy, a także z wyciszeniem. Soplówka jeżowata z kolei od lat przyciąga uwagę badaczy ze względu na potencjalne oddziaływanie na układ nerwowy. „Złoto Tajwanu” dla wątroby Najbardziej fascynującym bohaterem rozmowy jest Antrodia camphorata – grzyb kamforowy występujący naturalnie na Tajwanie, związany z tamtejszym endemicznym drzewem cynamonowym. Prof. Muszyńska opowiada o historii zainteresowania tym gatunkiem określanym mianem „złota Tajwanu”. Dlaczego właśnie on wzbudza zainteresowanie w kontekście wątroby? Jak tłumaczy ekspertka, zainteresowanie jego właściwościami zaczęło się od obserwacji osób, które spożywały grzyb i jednocześnie nadużywały alkoholu. To jednak punkt wyjścia do badań, a nie dowód na to, że Antrodia camphorata może neutralizować skutki picia alkoholu czy zapobiegać chorobom wątroby. Właśnie z tego gatunku korzysta suplement diety LivAntro, sponsor ósmego odcinka podcastu „Jak zdrowie”. Produkt łączy liofilizowaną grzybnię Antrodia camphorata w formie ProAntro® z Vitacholine®, czyli formą choliny. Jedna kapsułka zawiera 300 mg ProAntro® oraz 200 mg Vitacholine®, w tym 85,5 mg choliny. Według informacji produktowej cholina przyczynia się do prawidłowego funkcjonowania wątroby i utrzymania prawidłowego metabolizmu tłuszczów. LivAntro jest suplementem diety przeznaczonym dla dorosłych i nie powinien być traktowany jako zamiennik leczenia ani zróżnicowanej diety. W rozmowie prof. Muszyńska zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz: jeśli chcemy mówić o działaniu profilaktycznym żywności czy składników grzybów, znaczenie ma regularność. Nie chodzi więc o jednorazowy „detoks” po ciężkim weekendzie. Wątroba nie potrzebuje cudownej kuracji raz na jakiś czas, lecz przede wszystkim rozsądnego stylu życia. A jak zauważa ekspertka, „cały nasz styl życia idzie w wątrobę”.

„Kryzys często odbywa się w ciszy”. Co naprawdę pomaga w wychodzeniu z życiowego dołka? | „Kryzys wieku każdego” odc. 1 09 Sep 2026

„Kryzys nie zawsze przychodzi wtedy, kiedy wszystko się wali” - mówią w premierowym odcinku nowego podcastu Zwierciadła „Kryzys wieku każdego” prof. Robert Kowalczyk, seksuolog i prof. Katarzyna Waszyńska, psycholożka. Czy rzeczywiście każdy impas musi oznaczać, że coś w naszym życiu poszło nie tak? A może właśnie wtedy, gdy dotychczasowe sposoby radzenia sobie przestają działać, pojawia się szansa na zbudowanie siebie na nowo? O tym, czym naprawdę jest kryzys, jak odróżnić go od zwykłych trudności i dlaczego lęk tak często udaje intuicję rozmawia Ewa Podsiadły-Natorska. W potocznym języku kryzys brzmi jak alarm. Kojarzy się z czymś, co trzeba jak najszybciej naprawić, przetrwać albo z czegoś się wydostać. Tymczasem psychologiczne rozumienie kryzysu jest znacznie szersze. Może pojawić się w odpowiedzi na wydarzenie zewnętrzne – chorobę, utratę pracy, rozpad związku – ale równie dobrze może być efektem przemiany, która dokonuje się w nas. Jak zauważa terapeuta i seksuolog kliniczny, prof. Robert Kowalczyk, kryzys pojawia się w momencie, gdy dotychczasowe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością przestają wystarczać. Nie musi więc oznaczać katastrofy. Czasem jest sygnałem, że znaleźliśmy się w nowym miejscu, ale jeszcze nie mamy odpowiednich narzędzi, żeby się w nim odnaleźć. Z podobnej perspektywy patrzy na kryzys prof. Katarzyna Waszyńska. Przypomina, że przełomowe wydarzenia są tylko jedną z jego odsłon. Kryzys może pojawić się także w okresach przejścia – między jednym etapem życia a drugim. Przykładem jest dojrzewanie, ale takich momentów mamy znacznie więcej: wejście w dorosłość, rodzicielstwo, zmiana pracy, rozstanie, menopauza czy późniejsza refleksja nad tym, co właściwie chcemy zrobić z kolejnymi dekadami życia. „Mam wszystko, ale nie wiem, po co mi to” Kryzys nie zawsze łatwo rozpoznać, bo człowiek może długo funkcjonować pozornie bez zarzutu. Pracować, wychowywać dzieci, rozwijać karierę, mieć udany związek i stabilność finansową. A jednak pewnego dnia pojawia się pytanie, którego wcześniej nie było: czy ja właściwie jestem szczęśliwy? W gabinetach specjalistów pojawiają się też osoby przeżywające kryzys tożsamości, wątpliwości dotyczące własnej seksualności czy poczucie utknięcia w pracy, która nie daje satysfakcji. Kryzys może dotyczyć również związku. Co ciekawe, coraz częściej pary nie czekają, aż sytuacja stanie się naprawdę trudna. Zgłaszają się po pomoc wcześniej, z intencją poprawienia jakości relacji. To ważna zmiana w myśleniu o terapii. Nie trzeba doprowadzić związku do ściany, żeby zacząć nad nim pracować. Nie każda trudność jest kryzysem W epoce, w której psychologia stała się częścią codziennego języka, łatwo nadać trudnym doświadczeniom konkretną etykietę. Mówimy o wypaleniu, traumie, kryzysie, lęku. Nazwanie problemu może przynieść ulgę, ale nie zawsze pomaga. Prof. Katarzyna Waszyńska zwraca uwagę, że nie każda sytuacja problemowa jest sytuacją kryzysową. Prof. Robert Kowalczyk dodaje, że dla osoby szukającej pomocy sama diagnoza nie zawsze jest najważniejsza. W jego ocenie ma ona służyć przede wszystkim terapeucie, który dzięki niej może dobrać odpowiednie narzędzia. Kiedy lęk udaje intuicję Jednym z najbardziej podstępnych elementów kryzysu jest lęk. Potrafi być tak przekonujący, że zaczynamy traktować go jak wiedzę o przyszłości. „Czuję, że coś złego się wydarzy” – ile razy taka myśl została uznana za przeczucie, choć w rzeczywistości była efektem napięcia? Prof. Katarzyna Waszyńska zauważa, że wiele osób myli lęk z przewidywaniem przyszłości. Na jego podstawie tworzymy czarne scenariusze, które najczęściej się nie sprawdzają. Prof. Robert Kowalczyk spotyka osoby przekonane, że mają szczególną „intuicję do niedobrych wydarzeń”. Za takim przekonaniem często stoi jednak emocja – właśnie lęk.

Jak być zadbaną na wielu poziomach, a nie „zrobioną”? Katarzyna Nozderko o tym, co naprawdę przyspiesza starzenie | „Ukryte piękno” odc. 34 08 Sep 2026

„Stres i przestymulowanie na wielu poziomach, także duchowym, powoduje, że się starzejemy” – mówi Katarzyna Nozderko, kosmetolożka i założycielka marki estGen. Dziś coraz częściej okazuje się, że o tym, jak wyglądamy, decyduje nie tylko metryka i geny. Sen, stres, dieta, ruch, kondycja jelit, a nawet sposób, w jaki funkcjonujemy na co dzień, mogą przyspieszać albo spowalniać procesy starzenia. Czy zatem najlepsze strategie anti-aging zaczynają się nie w gabinecie medycyny estetycznej, lecz… w naszym stylu życia? Sponsorem podcastu jest polska marka kosmetyczna estGen. Jednym z największych przeciwników zdrowej skóry okazuje się coś, czego nie da się zamknąć w słoiczku: przewlekłe napięcie. Stres nie jest wyłącznie stanem psychicznym. Długotrwałe funkcjonowanie w trybie mobilizacji wpływa na cały organizm, a skóra – jako jego największy organ – również reaguje na przeciążenie. Gorsza regeneracja, zaburzona bariera hydrolipidowa, większa reaktywność czy ziemisty, zmęczony wygląd mogą być częścią tej historii. Zdaniem Nozderko największym problemem współczesności jest stres i przestymulowanie na wielu poziomach. Nie chodzi przy tym wyłącznie o tempo życia. Przebodźcowanie może dotyczyć również samej pielęgnacji i medycyny estetycznej. W świecie, w którym łatwo wpaść w spiralę poprawiania kolejnych elementów twarzy, granica między dbaniem o siebie a nieustannym poszukiwaniem defektów staje się coraz mniej wyraźna. Kiedy pielęgnacja zaczyna szkodzić? Jeszcze kilka lat temu im bardziej rozbudowana była rutyna pielęgnacyjna, tym większe wrażenie robiła. Kilkanaście kosmetyków, kwasy, retinoidy, peelingi, urządzenia do domowych zabiegów – pielęgnacja mogła przypominać małe laboratorium. Dziś coraz częściej wracamy do pytania, czy skóra rzeczywiście potrzebuje aż tak wiele. Nadmiar nie zawsze oznacza lepszy efekt. Bariera skórna może zostać przeciążona, a agresywne łączenie składników i częste procedury zamiast poprawiać wygląd, prowadzić do podrażnień i zaburzenia równowagi skóry. W efekcie pojawia się paradoks: im intensywniej próbujemy ją „naprawiać”, tym gorzej wygląda. „Medycyna estetyczna staje się kompulsją, która przykrywa problemy natury psychicznej” – zauważa kosmetolożka. To mocne zdanie, ale trafia w coraz ważniejszą dyskusję: gdzie kończy się świadoma troska o wygląd, a zaczyna presja, by nieustannie eliminować oznaki upływającego czasu? Zadbana, nie „zrobiona” W estetyce pojawia się dziś wyraźny zwrot. Coraz więcej osób nie chce już wyglądać młodziej za wszelką cenę. Chce wyglądać zdrowo, świeżo i adekwatnie do siebie. Zmiana jest subtelna, ale znacząca. Zamiast pytania „co zrobić, żeby nie było widać mojego wieku?”, pojawia się inne: „co zrobić, żeby moja skóra była w dobrej kondycji?”. To przesunięcie akcentu z walki z metryką na dbanie o organizm. Naturalność nie musi oznaczać rezygnacji z kosmetologii czy medycyny estetycznej. Chodzi raczej o proporcje i intencję. Zabieg może być elementem świadomej pielęgnacji, ale nie powinien stawać się odpowiedzią na każdy gorszy dzień, każdą zmarszczkę czy każdą chwilę zwątpienia we własny wygląd. W tym podejściu kosmetolog przestaje być osobą, która po prostu dobiera procedurę. Staje się kimś, kto pomaga zrozumieć, dlaczego skóra zachowuje się właśnie tak, a nie inaczej. Odmładzanie zaczyna się wcześniej niż w gabinecie Jeśli potraktować skórę jako część większego systemu, pytanie o krem przeciwzmarszczkowy przestaje być najważniejsze. Równie istotne stają się sen, ruch, sposób odżywiania, regeneracja i stres. Właśnie dlatego idea #OdmładzaniePoprzezStylŻycia nie powinna być rozumiana jako kolejny sposób na walkę z czasem. Bardziej chodzi o zmianę perspektywy. Nie o to, żeby zatrzymać zegar, ale żeby stworzyć organizmowi warunki, w których może jak najdłużej działać dobrze.

„Ostatnia kawa o godzinie 14, bo to energia na kredyt”. Dr Tadeusz Oleszczuk o 12 filarach dobrego życia | „Jak zdrowie”, odc. 25 04 Sep 2026

„Najważniejsze dla zdrowia rzeczy mamy właściwie na wyciągnięcie ręki. Tylko często odkładamy je na później” – przekonuje dr n. med. Tadeusz Oleszczuk. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Jak zdrowie” mówi o tym, dlaczego geny nie powinny być dla nas wymówką, czego naprawdę potrzebuje organizm, dlaczego nie da się „odespać” zarwanych nocy i od czego zacząć, jeśli chcemy wreszcie zadbać o siebie bez obsesji perfekcji. O tym, jak przełożyć wiedzę na codzienność, opowiada także w swojej nowej książce „Zdrowie bez wymówek. Workbook”, wydanej przez Zwierciadło. To praktyczny przewodnik z planem na 12 miesięcy i 12 filarami zdrowia – bo dobre samopoczucie nie powinno być projektem „od poniedziałku”. W zdrowiu lubimy myśleć kategoriami wielkich decyzji. Od jutra dieta, od poniedziałku siłownia, od nowego miesiąca żadnego alkoholu, a wieczorem – oczywiście – sen przed 23.00. Problem w tym, że im bardziej ambitny plan, tym większa szansa, że szybko zacznie nas przytłaczać. Dr Tadeusz Oleszczuk proponuje inne spojrzenie: zamiast czekać na idealny moment, warto zacząć od małych czynności, które powtarzane wystarczająco długo stają się inwestycją w przyszłość. Właśnie dlatego Magdalena Kuszewska przywołuje w rozmowie zdanie z książki „Zdrowie bez wymówek. Workbook”: „Zdrowie nie jest darem losu i nie dzieje się przez przypadek”. Dr Oleszczuk rozwija tę myśl, zwracając uwagę na rolę codziennych wyborów. Genetyka ma znaczenie, ale – jak podkreśla – nie determinuje wszystkiego. „Geny to nie wszystko, to ok. 15–20 proc. wpływu na zdrowie, a resztę możemy sobie załatwić sami. Bo nikt nie załatwi za nas snu, diety, dobrych związków i aktywności fizycznej” - mówi ekspert. To perspektywa, która z jednej strony daje sprawczość, z drugiej odbiera nam wygodną wymówkę. Nie wszystko zależy od nas, ale bardzo wiele rzeczy jednak możemy zmienić. I nie trzeba zaczynać od rewolucji. Zdrowie jak konto bankowe Najbardziej przekonująca okazuje się metafora finansowa. Organizm nie działa jak konto, na które raz w roku wpłacamy dużą kwotę i potem przez miesiące korzystamy z oszczędności. Zdrowie buduje się znacznie bardziej przyziemnie: poprzez regularne, niewielkie „wpłaty”. „Zdrowie to jest księgowa, rachunek w banku, to są codzienne drobne wpłaty, które się sumują i to decyduje o naszym longevity i jakości życia” - wyjaśnia dr Oleszczuk. Co mieści się w tej codziennej ekonomii zdrowia? Czasem naprawdę niewiele. Kilkanaście czy kilkadziesiąt minut ruchu. Szklanka wody zamiast kolejnej kawy. Wcześniejsze pójście spać. Odłożenie telefonu. Lepszy posiłek. Spotkanie z kimś, przy kim czujemy się dobrze. To rzeczy pozornie banalne, ale właśnie ich powtarzalność może mieć największe znaczenie. Dr Oleszczuk podaje prosty przykład: dwudziestominutowy spacer. Dla wielu osób nie jest to nawet trening, tylko zwykłe wyjście z domu. A jednak często łatwiej znaleźć pół godziny na bezmyślne przewijanie telefonu niż na ruch. Nie chodzi przy tym o życie pod linijkę. Przeciwnie – zdrowie może być projektem, w którym jest miejsce na przyjemność, spontaniczność i weekendowe odstępstwa. „Jeśli przez pięć dni w tygodniu robisz dobrze, to jak w weekend zrobisz źle, to i tak zrobiłeś pięć kroków do przodu, a dwa do tyłu i płyniesz w dobrym kierunku” - brzmi zasada eksperta. 12 miesięcy, 12 filarów zdrowia Właśnie z takiego podejścia wyrasta „Zdrowie bez wymówek. Workbook” – nowa książka dr. Tadeusza Oleszczuka wydana przez Zwierciadło. Jej konstrukcja opiera się na 12 miesiącach i 12 filarach zdrowia. Zamiast kolejnej publikacji, którą czytamy, odkładamy na półkę i szybko zapominamy, workbook ma być narzędziem do pracy z własnymi nawykami. Pomysł jest prosty: zdrowia nie buduje się jedną decyzją. Potrzebujemy czasu, powtarzalności i sprawdzania, co rzeczywiście działa w naszym życiu. Każdy miesiąc może więc stać się okazją do skupienia się na innym obszarze – od podstawowych potrzeb organizmu po te elementy codzienności, o których łatwo zapominamy, kiedy jesteśmy zajęci.

„Przestałem wierzyć w naturę ludzką, że jest tylko dobra”. Krzysztof Czeczot o relacjach, które zawodzą i dojrzałej miłości | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 20 25 Aug 2026

„Do 30. roku życia byłem bardzo naiwnym człowiekiem. Wierzyłem w ludzkie dobro” – mówi Krzysztof Czeczot w rozmowie z Beatą Biały. Aktor opowiada o tym, czego nauczyły go relacje, które nie przetrwały próby czasu, dlaczego po czterdziestce nie chce już tracić energii na ludzi, którzy niczego nie wnoszą, i jak doświadczenie zmieniło jego myślenie o miłości, ojcostwie i odpowiedzialności. Niektóre lekcje przychodzą dopiero wtedy, gdy człowiek ma już za sobą wystarczająco dużo rozczarowań, żeby przestać idealizować innych. Krzysztof Czeczot mówi o tym bez goryczy. Przyznaje, że do trzydziestki patrzył na ludzi znacznie bardziej naiwnie i wierzył w ich dobro. Z czasem doświadczenia sprawiły, że „przestał wierzyć w naturę ludzką, że jest tylko dobra”. Nie oznacza to jednak utraty wiary w relacje. Raczej zmianę oczekiwań wobec nich. Dziś aktor stara się najpierw zrozumieć, co mogło kierować drugą osobą. Kiedy ktoś go zawiedzie, idzie do żony, Karoliny (Gorczycy - od red.), żeby się wyżalić, a potem próbuje spojrzeć na sytuację również z drugiej strony. Jeśli relacja jest ważna, wraca do niej. Jeśli nie – potrafi ją zamknąć. Po czterdziestce coraz wyraźniej widzi bowiem, że czas nie jest zasobem, który można wydawać bez końca. „Jest piękne zdanie, że oczekiwanie jest źródłem rozczarowania” – mówi. I właśnie dlatego wybiera dziś pozycję przyjmowania zamiast nieustannego projektowania na innych własnych wyobrażeń. Nie znaczy to zgody na wszystko. Raczej świadomość, że druga osoba może być inna, niż chcielibyśmy, a wtedy pozostaje decyzja: próbować budować relację dalej czy się wycofać. Rodzina patchworkowa: dzieci są najmniejszym wyzwaniem Dziś Czeczot tworzy z Karoliną rodzinę patchworkową. To układ, który wymaga szczególnej uważności, bo spotykają się w nim różne historie, doświadczenia i przyzwyczajenia. Kiedy Beata Biały pyta go o największe trudności, odpowiedź jest zaskakująca: dzieci wcale nie są największym wyzwaniem. „W patchworku najmniejszym wyzwaniem są dzieci, a największym rodzice i dorośli wokół” – mówi. Dziecko obserwuje bowiem dorosłych i uczy się od nich, nawet jeśli nikt oficjalnie nie nadał mu roli nauczyciela czy autorytetu. Mężczyzna, który wchodzi do życia kobiety mającej dzieci, może nie być ich biologicznym ojcem, ale z czasem staje się dla nich kimś ważnym. Jego zachowanie, sposób reagowania i stosunek do innych osób zaczynają mieć znaczenie. Dlatego aktor zdecydował się na coś, co wciąż dla wielu rodziców może wydawać się nietypowe: jeszcze zanim pojawiły się problemy, poprosił o pomoc psycholożkę dziecięcą. „Nie poszedłem z problemem, tylko wyprzedzając ewentualne problemy” – tłumaczy. Rodzina od czterech lat korzysta z jej opieki. To przygotowanie okazało się niezwykle pomocne. „Za starzy na miłość” Dojrzałość zmienia również definicję miłości. Kiedy Beata Biały pyta, co trudniej zdobyć – miłość kobiety czy zaufanie jej dzieci – Czeczot nie chce nawet ustawiać tych relacji w hierarchii. Jego zdaniem po czterdziestce człowiek jest już w innym miejscu niż wtedy, kiedy uczucie potrafi całkowicie przesłonić rozsądek. „My już jesteśmy za starzy na miłość, na takie zaślepienie uczuciem” – mówi. Brzmi to przewrotnie, ale nie jest deklaracją rezygnacji z romantyzmu. Przeciwnie. Aktor uważa, że miłość jest wspaniałym uczuciem, pod warunkiem że towarzyszą jej odpowiedzialność i przyjaźń. To właśnie one pozwalają związkowi przetrwać momenty, w których emocje nie wystarczają. Dojrzała relacja wymaga również dialogu – nie tylko z partnerką, lecz także z samym sobą, dziećmi i bliskimi. „Trzeba być w dialogu ze sobą, z bliskimi, z dziećmi i z szacunkiem do różnych perspektyw, które wnoszą” – podkreśla. Takie podejście zakłada rezygnację z przekonania, że bliskość oznacza zawsze zgodę. Można kochać i jednocześnie się różnić. Można mieć własne zdanie, ale dopuścić do głosu drugą osobę. Można też popełnić błąd i wrócić do rozmowy. Czeczot przywołuje taką sytuację.

„Facet nie dzwoni? Przeżyj to i się uspokój”. Ile razy można mieć złamane serce? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6”, odc. 8 20 Aug 2026

„Odkrycie zwyczajności uratowało mi życie i serce przed złamaniem” – mówi Kasia Miller w 8. odcinku „Przerwy na kawę”. W rozmowie z Joanną Olekszyk, redaktorką naczelną „Zwierciadła”, psycholożka bierze pod lupę nasze romantyczne fantazje, rozczarowania, potrzebę bycia wybraną i tęsknotę za miłością, która ma wreszcie udowodnić, że jesteśmy czegoś warte. Bo może zamiast czekać na kogoś, kto nas pokocha, wypełnimy ten czas ważniejszymi dla nas myślami? Joanna Olekszyk pyta wprost: ile razy można komuś złamać serce? Odpowiedź Kasi Miller prowadzi jednak dalej niż do katalogu kolejnych rozczarowań. Psycholożka zwraca uwagę, że za naszym głodem wielkiej miłości często stoi przekonanie, że bez romantycznych uniesień życie jest niepełne. - Ten temat wiąże się mocno z pragnieniem romantycznej miłości. Takie myślenie, żeby mieć, jeśli nie przeżywamy takich uniesień, to życie jest niepełne - mówi. To przekonanie potrafi być wyjątkowo podstępne. Szczególnie wtedy, gdy rzeczywistość jest trudna, samotność doskwiera, a wyobraźnia zaczyna podsuwać obrazy tego, jak powinno być. Wtedy łatwo pomylić tęsknotę za zmianą z tęsknotą za konkretną osobą. Albo uznać, że intensywność emocji jest dowodem na jakość relacji. Miller przypomina, że fantazjowanie samo w sobie nie jest niczym złym. Kłopot pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować wyobrażenie jak rzeczywistość. „Jeśli jesteśmy w złych warunkach życiowych, to marzymy o czymś, o czym nie mamy pojęcia. To jest szkodliwe. Warto umieć to odróżniać i mieć świadomość, że się nakarmiłam swoją wyobraźnią.” Być może właśnie dlatego tak trudno czasem pogodzić się z końcem relacji. Nie tracimy przecież wyłącznie człowieka. Tracimy również wersję przyszłości, którą sobie z nim zbudowaliśmy. „Bo jak on mnie kocha, to co mi po nim” W tej rozmowie „zwyczajność” nie oznacza nudy ani rezygnacji z marzeń. Jest raczej zgodą na to, że dobre życie nie musi bez przerwy dostarczać fajerwerków. Że bliskość może być spokojna, codzienna, czasem nawet banalna – i właśnie dlatego prawdziwa. Miller mówi o tym bardzo osobiście: „A propos zwyczajności i złamanych serc, odkrycie zwyczajności uratowało moje życie.” Joanna Olekszyk trafnie zauważa, że łatwiej pamiętamy odrzucenia niż momenty, w których ktoś chciał się do nas zbliżyć. Dlaczego? Bo czasem bardziej pociąga nas zdobywanie czyjejś miłości niż sama miłość. Jeśli ktoś jest niedostępny, jego zainteresowanie staje się nagrodą. Jeśli natomiast ktoś przychodzi z otwartymi ramionami, możemy uznać, że nie ma w tym nic szczególnego. Kasia Miller ujmuje ten mechanizm dosadnie: „Bo jak on mnie kocha, to co mi po nim.” A Joanna dopowiada, że nie umiemy nakarmić się czymś, czego same nie wymarzyłyśmy, ale co przyszło do nas bez walki. Miller odpowiada obrazowym porównaniem: „Tak, bo to jest bar mleczny, a nie restauracja. A niektóre bary mleczne są pyszne.” I może właśnie o to chodzi: żeby nauczyć się rozpoznawać wartość czegoś, co nie zostało opakowane w wielką romantyczną historię. Gdy chłopak nie dzwoni To jedno z tych pytań, które brzmią banalnie, dopóki naprawdę nie czekamy na telefon. Wtedy kilka godzin potrafi urosnąć do rozmiarów całej epopei. Czy napisać? Czy czekać? Czy coś zrobiłam nie tak? Czy on stracił zainteresowanie? Czy może powinnam udawać, że wcale mnie to nie obchodzi? Miller proponuje rozwiązanie zaskakująco proste: „Przeżyj rozczarowanie i się uspokój.” Nie chodzi o udawanie obojętności. Przeciwnie – rozczarowanie trzeba poczuć, ale niekoniecznie trzeba budować wokół niego całą opowieść o sobie. Jeden nieodebrany telefon nie jest przecież diagnozą własnej wartości. Ten odcinek podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” nie daje więc kolejnego poradnika pod tytułem „jak znaleźć miłość”. Zamiast tego proponuje coś znacznie bardziej użytecznego: przyjrzenie się temu, czego właściwie od miłości oczekujemy. Czy chcemy drugiego człowieka, czy raczej potwierdzenia, że jesteśmy warte kochania?

„Po prostu sobie bądź. Nie musisz być naj ani błyszczeć”. Kasia Miller o najważniejszej miłości, bez której żadna inna nie przetrwa | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 5 12 Aug 2026

„Jak jestem zadowolona z siebie, to nie męczę ludzi” – mówi Kasia Miller. I jednym zdaniem podważa mit, że miłość do siebie jest egoizmem. W piątym odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” psycholożka i Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawiają o tym, dlaczego samotność nie musi boleć, czemu warto zostać swoją najlepszą przyjaciółką i jak przestać żyć wyłącznie dla innych. Sponsorem odcinka jest Pandora. W najnowszym odcinku podcastu rozmowa schodzi znacznie głębiej niż do popularnych porad o „self care”. Dotyka samotności, poczucia własnej wartości, odwagi bycia sobą i tego, dlaczego największą życiową relacją pozostaje ta, której nigdy nie możemy zakończyć. Miłość do siebie nie jest egoizmem Jednym z najważniejszych wątków rozmowy jest rozróżnienie pojęć, które w codziennym języku często wrzucamy do jednego worka. Kasia Miller przypomina, że warto oddzielić egoizm od egotyzmu i egocentryzmu. Troska o siebie nie oznacza przecież lekceważenia innych. Wręcz przeciwnie – dopiero człowiek, który zna swoje potrzeby i potrafi o siebie zadbać, jest w stanie budować zdrowe relacje. Psycholożka wraca do własnego życiowego odkrycia. Jak przyznaje, prawdziwym przełomem było dla niej uświadomienie sobie, że „zawsze i do końca będę tylko ze sobą”. To właśnie wtedy zaczęła zadawać sobie pytanie, kogo właściwie powinna brać pod uwagę w pierwszej kolejności. W tej perspektywie samotność przestaje być karą. „Jak jestem sama, to nie jestem samotna, tylko ze sobą” – tłumaczy, pokazując, że największy komfort daje umiejętność dobrego towarzyszenia samej sobie. Samotność czy bycie ze sobą? Presja społeczna przez dekady przekonywała nas, że samotność oznacza porażkę. Joanna Olekszyk zauważa, że wielu z nas od dziecka słyszało ostrzeżenia: jeśli czegoś nie zrobimy, jeśli nie będziemy wystarczająco dobrzy, zostaniemy sami. Kasia Miller pokazuje jednak zupełnie inną perspektywę. Wspomina okres, kiedy niepokoiło ją, że telefon milczy, a gdzieś indziej – tam, gdzie jej akurat nie ma – dzieje się coś ważnego. Dziś patrzy na to z uśmiechem. Jak mówi, najbardziej lubi być sama właśnie dlatego, że „ciekawie jest tam, gdzie ja jestem”. To zdanie brzmi jak antidotum na współczesny lęk przed pominięciem i ciągłą potrzebę bycia online. Nie liczba znajomych decyduje o szczęściu Media społecznościowe przekonały nas, że warto mieć jak najwięcej kontaktów. Tymczasem psychologia coraz częściej pokazuje coś przeciwnego. Kasia Miller zwraca uwagę, że dopiero dziś naprawdę zaczynamy rozumieć, iż posiadanie ogromnego grona znajomych wcale nie musi być wartością. Prawdziwa przyjaźń i miłość należą do tych relacji, które zdarzają się rzadko i właśnie dlatego są tak cenne. To ważna zmiana myślenia. Zamiast kolekcjonować znajomości, warto pielęgnować te, które pozwalają czuć się naprawdę zauważonym. Dlaczego tak trudno pobyć samemu? W rozmowie pojawia się również temat ciszy. Joanna Olekszyk zauważa, że kiedy zostajemy sami, wracają do nas myśli, których wcześniej nie słyszeliśmy przez codzienny hałas. Często są niewygodne, dlatego uciekamy od nich. Kasia Miller przyznaje, że sama jest niemal po równo ekstrawertyczką i introwertyczką. Potrzebuje ludzi, ale równie mocno potrzebuje samotności, by odpocząć i odzyskać kontakt ze sobą. Miłość, która zostaje na całe życie Sponsorem odcinka jest marka Pandora, która w kampanii BE LOVE przypomina, że miłość ma wiele twarzy. Nie ogranicza się wyłącznie do romantycznych gestów – zaczyna się od życzliwości, troski i autentyczności wobec siebie oraz innych. To spojrzenie doskonale współbrzmi z przesłaniem rozmowy Joanny Olekszyk i Kasi Miller. Bo zanim nauczymy się kochać partnera, rodzinę czy przyjaciół, warto nauczyć się być dla siebie kimś, z kim naprawdę dobrze spędza się życie. A przecież – jak przypomina psycholożka – z tą jedną osobą zostaniemy już na zawsze.

„Żyjemy dłużej i chcemy, żeby to życie było dobrej jakości”. Na czym polega „ukryty głód” i jakie suplementy mogą dziś zmieniać jakość życia? | „Jak zdrowie”, odc. 23 30 Jul 2026

„Dzisiaj jesteśmy chronicznie zmęczeni i to jest największy paradoks” – mówi dietetyczka kliniczna Marta Lutostańska w najnowszym odcinku podcastu „Jak zdrowie”. Razem z Magdaleną Kuszewską i Waldemarem Pilchem, prezesem formeds, szukają odpowiedzi na pytanie, dlaczego mimo coraz większej świadomości zdrowotnej tak wielu z nas wciąż zmaga się z przewlekłym zmęczeniem. Rozmowa prowadzi od tzw. paliwa dla komórek, od witamin z grupy B przez koenzym Q10 aż po zasady świadomej suplementacji. Pokazuje również, że przyszłość zdrowia nie zaczyna się od kolejnego modnego preparatu, lecz od wiedzy i jakości. Sponsorem odcinka jest producent suplementów diety formeds. Organizm każdego człowieka funkcjonuje inaczej, różnimy się genetyką, stylem życia i potrzebami. Nawet osoby odżywiające się podobnie mogą mieć zupełnie odmienne zapotrzebowanie na składniki odżywcze. Marta Lutostańska zwraca uwagę na jeszcze jeden wymiar problemu. Współczesność przyniosła zjawisko ukrytego głodu – sytuacji, w której kalorii jest pod dostatkiem, ale organizmowi brakuje białka, witamin czy mikroelementów. Witaminy z grupy B – energia zaczyna się w komórkach Zmęczenie, problemy z koncentracją, rozdrażnienie czy pogorszenie nastroju często bywają tłumaczone tempem życia. Niekiedy organizm wysyła jednak sygnał o niedoborach witamin z grupy B. Marta Lutostańska wyjaśnia, że uczestniczą one w najważniejszych procesach biochemicznych odpowiedzialnych za zamianę energii z pożywienia w energię potrzebną do życia. Witaminy B1, B6 i B12 wspierają prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego, dlatego ich niedobory mogą objawiać się nie tylko zmęczeniem, lecz także dolegliwościami neurologicznymi. Biotyna wpływa na kondycję skóry i włosów i paznokci, natomiast kwas foliowy i witamina B12 odgrywają istotną rolę w tworzeniu krwinek oraz metaboliźmie homocysteiny. Podwyższone stężenie homocysteiny jest wiązane ze zwiększonym ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych. Rozmówcy zwracają również uwagę na jakość stosowanych preparatów. Waldemar Pilch podkreśla, że kwas foliowy oraz witaminy z grupy B warto wybierać w postaciach metylowanych, ponieważ część osób posiada warianty genetyczne utrudniające wykorzystanie syntetycznych form tych składników. Dokładnie takie formy można odnaleźć w produkcie formeds BICAPS B complex. Właśnie z tego powodu Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników zmieniło rekomendacje dotyczące suplementacji kwasu foliowego u kobiet planujących ciążę i w ciąży, wskazując na przewagę postaci metylowanej. Koenzym Q10 – wsparcie dla mitochondriów i zdrowego starzenia Jeszcze kilka lat temu koenzym Q10 kojarzył się głównie z kosmetykami przeciwstarzeniowymi. Dziś coraz więcej mówi się o jego roli znacznie głębiej – wewnątrz komórek. Jak tłumaczy Marta Lutostańska, koenzym Q10 wspiera pracę mitochondriów, czyli komórkowych „elektrowni”, odpowiedzialnych za produkcję energii. Naturalny poziom tej substancji obniża się wraz z wiekiem, ale również u osób cierpiących na choroby przewlekłe. Dotyczy to między innymi pacjentów przyjmujących statyny, które obniżając poziom cholesterolu, jednocześnie zmniejszają stężenie koenzymu Q10 w organizmie. Silne właściwości antyoksydacyjne koenzymu Q10 sprawiają, że jest on cenionym składnikiem zarówno w profilaktyce zdrowotnej, jak i kosmetologii. BICAPS Coenzyme Q10 od formeds dostarcza ten wartościowy związek w wygodnej formie suplementacji. Coraz częściej postrzegany jest jako element wspierający zdrowe starzenie, a nie jedynie składnik kremów. Dobry skład ma znaczenie Waldemar Pilch opowiada o filozofii tworzenia suplementów, którą formeds określa mianem „parszywej dwunastki”. Pojęcie odnosi się do zbędnych dodatków, takich jak sztuczne barwniki, konserwanty czy wypełniacze, obecnych w części preparatów. Punktem wyjścia powinny być natomiast trzy filary: aktywna forma składnika, dawka oparta na badaniach naukowych oraz czystość produktu. Sponsorem odcinka jest producent suplementów diety formeds.

„Smutne jest to, że ojcowie oddali dzieci kobietom”. Co zrobić z tatą, który wraca po latach? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6”, odc.7 29 Jul 2026

„Są wielcy nieobecni, siedzi taki z gazetą i nie zauważa dziecka. Są tacy, którzy kochają bardziej matkę i tacy, którzy piją, ale tu też jest wiele odcieni” – mówi Kasia Miller w rozmowie z Joanną Olekszyk i zaprosza do rozmowy o jednej z najbardziej niedocenianych relacji w naszym życiu. Bo choć zwykle więcej mówi się o wpływie matki, psycholożka przekonuje, że to właśnie ojciec często buduje fundament naszego poczucia bezpieczeństwa, kobiecości, męskości i późniejszych związków. W 7. odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” nie ma łatwych ocen ani prostych recept. Jest za to szczera rozmowa o wielkich nieobecnych, nowych ojcach i dzieciach, które – nawet jako dorośli – wciąż czekają, aż tata naprawdę je zobaczy. Zdaniem Kasi Miller szczególnie bolesne jest to, że przez pokolenia wielu ojców po prostu oddało wychowanie dzieci kobietom. Część z nich uważała, że to nie ich zadanie, inni czekali wyłącznie na syna, nie dostrzegając córek. Tymczasem nieobecność ojca nie znika wraz z dzieciństwem. Zostawia ślad, który potrafi wybrzmiewać przez całe dorosłe życie. Co dzieje się z dzieckiem, kiedy ojciec wycofuje się z relacji? Psycholożka zwraca uwagę, że w takiej sytuacji to matka zaczyna całkowicie definiować obraz ojca i kształtować więź dziecka z nim. Wielcy nieobecni Nieobecność nie zawsze oznacza pusty fotel przy stole. Czasem ma twarz mężczyzny siedzącego obok z gazetą, zatopionego we własnym świecie, który fizycznie jest w domu, ale emocjonalnie pozostaje poza zasięgiem dziecka. Kasia Miller nazywa ich „wielkimi nieobecnymi” i pokazuje, jak wiele odcieni może mieć ojcowskie wycofanie. Psycholożka zauważa, że są ojcowie, którzy bardziej kochają swoje partnerki niż dzieci, tacy, którzy uciekają w pracę, i tacy, którzy znikają przez uzależnienie. Ale są też mężczyźni odsunięci od rodzicielstwa nie z własnej woli. Jak mówi, zdarza się, że pod wpływem alkoholu wcale nie stają się agresywni, lecz spokojni, jednak i tak zostają usunięci na margines życia rodzinnego. Każda z tych historii wygląda inaczej, lecz efekt bywa podobny – dziecko dorasta z poczuciem braku. Psycholożka podkreśla jednak, że coraz częściej obserwuje zupełnie inny model. Pojawia się nowe pokolenie ojców, którzy nie wstydzą się pchać wózka, gotować czy brać urlopu rodzicielskiego. Dla nich dziecko nie jest dodatkiem do życia, ale jego integralną częścią. To zmiana kulturowa, która może wpłynąć na kolejne pokolenia. Ojciec jest pierwszym mężczyzną Dla dziewczyn relacja z ojcem ma wyjątkowe znaczenie. To właśnie on staje się pierwszym mężczyzną, od którego uczą się, czym jest szacunek, czułość i zainteresowanie. Kasia Miller wraca pamięcią do własnego dzieciństwa. Opowiada o ojcu, z którym jeździła pod namiot na Mazury, grała w koszykówkę, uczyła się odwagi i prowadziła wielogodzinne rozmowy o religii. Był agnostykiem, zachęcał ją do myślenia i zadawania pytań. Jednocześnie z czasem coraz bardziej oddalał się od jej matki i wycofywał z życia rodzinnego. „Byłam córeczką tatusia, ale nie księżniczką” W rozmowie pojawia się piękne wspomnienie, które wiele mówi o sposobie budowania relacji. Kasia Miller opowiada, że ojciec nigdy nie traktował jej jak kruchej księżniczki. Nazywał ją raczej „fajnym załogantem”. Uczył ją walczyć, grać w koszykówkę, radzić sobie w trudnych sytuacjach i dostrzegać wartość dobrych mężczyzn. To właśnie dzięki niemu – jak przyznaje – nauczyła się rozumieć mężczyzn, zamiast się ich bać. Widzi też, jak często współcześnie mężczyźni tracą własny potencjał, bo nie pozwala im się przeżywać emocji i budować bliskich relacji. Według Kasi Miller ojciec powinien umieć zobaczyć kobiecość swojej córki i powiedzieć jej, że jest piękna, wartościowa i że już niedługo zacznie wzbudzać zainteresowanie mężczyzn. Takie słowa nie mają nic wspólnego z przekraczaniem granic. Wręcz przeciwnie – budują poczucie bezpieczeństwa i zdrową samoocenę.

„Testosteron spada o 2 proc. rocznie już u trzydziestolatków”. Jakie objawy oprócz tzw. triady seksualnej zwiastują andropauzę? | „Jak zdrowie”, odc.20 27 Jul 2026

- Andropauza to proces rozłożony w czasie, nie ma wyraźnego momentu, gdy jądra przestają wytwarzać testosteron, dlatego objawy są inne niż w przypadku menopauzy - mówi dietetyczka, Sylwia Leszczyńska, autorka książki „Dieta w andropauzie. Przewodnik dla każdego mężczyzny” (Wydawnictwo Zwierciadło) w podcaście „Jak zdrowie”. Choć o męskiej przemianie hormonalnej mówi się znacznie rzadziej niż o tej kobiecej, dotyczy milionów mężczyzn i wpływa nie tylko na ich zdrowie, ale także na relacje, energię, sen i codzienne funkcjonowanie. Czy spadek testosteronu można spowolnić? Jaką rolę odgrywa dieta? I dlaczego partnerka często zauważa pierwsze objawy wcześniej niż sam mężczyzna? Jak wyjaśnia Sylwia Leszczyńska, andropauza, określana także jako hipogonadyzm późny, wiąże się z postępującym niedoborem testosteronu. Proces nie następuje nagle, lecz rozwija się przez lata. Już po trzydziestce poziom tego hormonu zaczyna stopniowo spadać, a po czterdziestym roku życia mogą pojawić się pierwsze sygnały, które łatwo pomylić z przemęczeniem lub skutkami intensywnego życia zawodowego. W rzeczywistości za obniżoną motywacją, gorszą regeneracją, przewlekłym zmęczeniem, problemami ze snem, mgłą mózgową czy trudnościami z koncentracją może stać właśnie zmieniająca się gospodarka hormonalna. U części mężczyzn pojawiają się również uderzenia gorąca oraz niekorzystne zmiany metaboliczne, w tym zaburzenia gospodarki lipidowej. Mężczyźni milczą Jednym z największych problemów nie jest sam spadek testosteronu, lecz brak rozmowy o jego konsekwencjach. Jak zauważa Sylwia Leszczyńska, badania pokazują, że mężczyźni rzadko mówią lekarzowi, a nawet partnerce o swoich dolegliwościach. Paradoksalnie właśnie otwarta komunikacja może okazać się jednym z czynników poprawiających jakość życia. Analizy wskazują bowiem, że ci mężczyźni, którzy mogą swobodnie rozmawiać o objawach z partnerką, łagodniej przechodzą ten etap życia. Jak rozpoznać andropauzę? Rozpoznanie andropauzy wymaga czegoś więcej niż jednego badania krwi. Sylwia Leszczyńska przypomina, że poziom testosteronu należy oznaczyć kilkukrotnie, najlepiej rano, między godziną 7 a 11, kiedy jego stężenie jest najwyższe. Równie istotne są objawy tzw. triady seksualnej: obniżone libido, trudności z uzyskaniem lub utrzymaniem erekcji oraz zanik porannych, spontanicznych erekcji. Największe nasilenie objawów obserwuje się zwykle między 53. a 68. rokiem życia, jednak tempo zmian jest bardzo indywidualne. Wiadomo natomiast, że istnieją czynniki, które przyspieszają utratę testosteronu. Należą do nich przede wszystkim cukrzyca, zaburzenia lipidowe i otyłość. Co spowalnia spadek testosteronu Najbardziej zaskakująca wiadomość? Proces ten nie jest całkowicie nieunikniony. Jak podkreśla Sylwia Leszczyńska, istnieją czynniki, które mogą opóźnić, a nawet zatrzymać spadek testosteronu, a najważniejsze z nich to odpowiednia dieta i zmiana stylu życia. Szczególne znaczenie ma masa ciała. Otyłość u mężczyzn może obniżać poziom testosteronu nawet o połowę, jednak dobra wiadomość jest taka, że zmiany są odwracalne. Redukcja masy ciała o 10–15 proc. może przełożyć się na wzrost poziomu testosteronu nawet o 80 proc., co pokazuje, jak ogromny wpływ na gospodarkę hormonalną mają codzienne wybory. Ekspertka zachęca, aby rozpocząć od poznania własnego zapotrzebowania energetycznego oraz oceny stanu odżywienia organizmu, obejmującej między innymi ilość białka, masę mięśniową i gęstość mineralną kości. Dieta przeciwzapalna także na hormony Najlepiej przebadanym modelem żywienia pozostaje dieta przeciwzapalna, znana jako śródziemnomorska lub nordycka. Nie chodzi o modne restrykcje, lecz o sposób odżywiania oparty na produktach, które wspierają organizm każdego dnia. Na talerzu powinny regularnie pojawiać się intensywnie kolorowe warzywa i owoce, fermentowane produkty mleczne, pełnoziarniste zboża oraz rośliny strączkowe

„Jak ktoś ma senność w ciągu dnia, to mnie to trochę niepokoi”. Dr Tomasz Anyszek o przyczynach przewlekłego zmęczenia | „Jak zdrowie”, odc. 21 27 Jul 2026

„Przychodzi pacjentka i mówi:» Jestem zmęczona«. Co pan ordynuje?” – od tego pozornie prostego pytania zaczyna się rozmowa Anny Augustyn-Protas z internistą, dr. n. med. Tomaszem Anyszkiem w podcaście „Jak zdrowie”. Odpowiedź okazuje się znacznie bardziej złożona niż mogłoby się wydawać. Bo zmęczenie bywa skutkiem intensywnego życia, ale równie dobrze może być pierwszym sygnałem niedoborów, zaburzeń hormonalnych albo rozwijającej się choroby. Kluczem nie jest zgadywanie ani internetowa samodiagnoza, tylko konsultacja z lekarzem. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka. Żyjemy szybko. Śpimy za krótko, pracujemy za długo, funkcjonujemy w nieustannym natłoku bodźców. Dr n. med. Tomasz Anyszek zwraca uwagę, że lekarz nie zaczyna od suplementów ani gotowych recept. Najpierw szuka odpowiedzi na najważniejsze pytanie: czy za zmęczeniem nie kryje się poważniejsza choroba. Dlatego pierwszym krokiem są podstawowe badania laboratoryjne – morfologia, lipidogram czy próby wątrobowe. Często okazuje się, że pacjent rzeczywiście nie jest chory, ale równie często wyniki wskazują kierunek dalszej diagnostyki. Tarczyca – mały gruczoł, wielki wpływ na energię Jedną z najczęstszych przyczyn przewlekłego zmęczenia pozostają zaburzenia hormonalne, zwłaszcza związane z tarczycą. Polska należy do krajów, w których niedoczynność tarczycy występuje stosunkowo często, a – jak podkreśla ekspert – na południu kraju problem obserwuje się częściej niż nad morzem, gdzie naturalnym sprzymierzeńcem pozostaje jod obecny w morskiej bryzie. Coraz więcej pacjentów słyszy również diagnozę autoimmunologicznego zapalenia tarczycy, czyli choroby Hashimoto. Zmęczenie, przyrost masy ciała czy pogorszenie samopoczucia często są jej pierwszymi objawami. Diagnostyka obejmuje oznaczenie TSH, FT4, przeciwciał tarczycowych oraz wykonanie USG tarczycy. Warto wiedzieć, że we wczesnym etapie choroby nie zawsze konieczne jest natychmiastowe wdrożenie hormonów. W wielu przypadkach poprawę przynosi zmiana stylu życia, odpowiednia dieta oraz regularna kontrola wyników. Nie żelazo, lecz ferrytyna Coraz więcej osób rezygnuje z mięsa, a wraz z tym rośnie liczba pacjentów z niedoborami żelaza. Paradoksalnie jednak sam poziom żelaza niewiele mówi o rzeczywistych zapasach organizmu. Jak wyjaśnia dr Anyszek, znacznie ważniejszym wskaźnikiem jest ferrytyna – białko magazynujące żelazo. Interpretacja tego wyniku wymaga jednak rozwagi. Ferrytyna należy do białek ostrej fazy, dlatego jej stężenie rośnie podczas infekcji i stanów zapalnych. Wykonanie badania w trakcie lub tuż po przebytej chorobie może więc prowadzić do błędnych wniosków. Czasami najlepszym rozwiązaniem okazuje się po prostu odczekanie kilku tygodni i powtórzenie oznaczenia. Witamina D i B12. Więcej niż suplementy Moda na suplementację sprawiła, że witamina D stała się jedną z najczęściej przyjmowanych substancji. Słusznie, bo odpowiada nie tylko za zdrowie kości, ale wpływa również na inne funkcje organizmu, na odporność, , a nawet procesy związane z rozwojem nowotworów. Ekspert przypomina jednak, że suplementacja powinna być rozsądna. Dla większości dorosłych optymalna dawka podtrzymująca wynosi około 2000 jednostek dziennie, natomiast osoby z potwierdzonym niedoborem często wymagają zwiększenia jej do 4000 jednostek. Równie ważna pozostaje regularna kontrola stężenia witaminy D – najlepiej dwa razy w roku, przed zimą i po jej zakończeniu. Prawidłowe stężenia zaczynają się od 30 ng/ml, wartości w okolicach 50 uznawane są za bardzo dobre, natomiast wyższe mogą być sygnałem, że suplementację warto ograniczyć. Podobnie wygląda historia z witaminą B12. Jej niedobór potrafi objawiać się np.drętwieniem kończyn, zaburzeniami czucia czy przewlekłym zmęczeniem. Co więcej, niskie stężenie może pośrednio zwiększać ryzyko rozwoju miażdżycy. Lekarz zwraca uwagę, że u części osób występują genetyczne predyspozycje do gorszego metabolizowania tej witaminy. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.

„Słyszę: jak ty wyglądasz, stara to już byłaś”. Odeta Moro o tym, że od lat ma 26 lat | „Ukryte piękno” odc. 32 24 Jul 2026

„Dziś coraz więcej kobiet ma nie wiadomo jaki wiek, ja nie jestem w stanie określić, czy tam jest 26 czy 46 lat”– mówi Odeta Moro w podcaście „Ukryte piękno". Choć metryka nie podlega negocjacjom, sposób, w jaki przeżywamy kolejne etapy życia, już tak. Dlaczego kobiety zaczynają bać się starzenia, zanim jeszcze naprawdę się zestarzeją? Kto mówi nam, kiedy przestać być widocznymi, odważnymi i ciekawymi świata? W rozmowie z Beatą Biały dziennikarka i prezenterka telewizyjna rozprawia się z mitami o wieku i pokazuje, że największym zagrożeniem nie są zmarszczki, lecz moment, w którym same zaczynamy się wycofywać. Sponsorem odcinka jest IANA, producent suplementów diety wspierających zdrowie stawów. Jak pokazuje „Raport Obserwatorium 2026. Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?”, przygotowany w ramach inicjatywy Obserwatorium Wiek i Społeczeństwo przez Laboratoires Expanscience na podstawie badania Ipsos BVA, 63 proc. Polaków obawia się starości. Co szczególnie ważne – ten lęk pojawia się bardzo wcześnie, najczęściej między 35. a 45. rokiem życia. Wiele osób zaczyna więc bać się utraty atrakcyjności, pozycji czy społecznej widzialności długo przed tym, zanim rzeczywiście odczuje ograniczenia związane z wiekiem. O tym, skąd bierze się presja związana ze starzeniem i jak odzyskać wolność od cudzych oczekiwań, Beata Biały rozmawia z Odetą Moro w podcaście „Ukryte piękno”. Starość zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy sobie pozwalać „Słyszę: jak ty wyglądasz, stara to już byłaś” – mówi Odeta Moro, opowiadając o komentarzach, które wiele kobiet słyszy, gdy przekraczają kolejne granice wieku. Za takim zdaniem kryje się nie tylko ocena wyglądu, ale cały zestaw społecznych oczekiwań: jak kobieta powinna się ubierać, zachowywać, pracować i czy wciąż ma prawo być odważna. Według raportu „Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?” za początek starości Polacy uznają 54. rok życia. Dla Odety Moro ta granica jest zdecydowanie zbyt wczesna. „Wg mnie to za wcześnie, ja mam jeszcze sześć lat. Poza tym starzenie się zmienia, pamiętasz »Czterdziestolatka«?” – mówi, zwracając uwagę, że współczesne kobiety żyją zupełnie inaczej niż poprzednie pokolenia. Kobiety nie znikają z życia po czterdziestce Dlaczego zaczynamy bać się starzenia tak wcześnie? Odeta Moro przyznaje, że wiele kobiet przez lata patrzy na siebie zbyt surowo. „My się zamartwiamy tym naszym wyglądem, mamy kompleksy, a po 20 latach patrzymy na swoje zdjęcie z młodości i mówimy: o co mi chodziło?” – zauważa. Z czasem uczymy się jednak patrzeć na siebie inaczej. Dziennikarka wspomina moment, gdy mając 40 lat, urodziła syna. W szpitalu usłyszała, że jest „taką starą” mamą. Dziś wspomina ten czas jako jeden z najbardziej odmładzających momentów swojego życia. „Rodząc po raz drugi dziecko w tym wieku oszukałam starość i ta ciąża, a potem macierzyństwo mnie fantastycznie odmłodziły” – mówi. Scenariusz życia piszemy same Raport „Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?” pokazuje również, że wiele osób czuje presję dotyczącą tego, jak powinny się starzeć. 61 proc. Polaków uważa, że narzuca im się sposób przeżywania wieku, a 68 proc. usłyszało od innych uwagi dotyczące tego, jak powinni zachowywać się w swoim wieku. Odeta Moro uważa, że czas odzyskać własny głos. „W pewnym wieku kobieta może powiedzieć wszystko” – mówi. Sama wielokrotnie musiała mierzyć się z cudzymi przekonaniami. Kiedy podjęła decyzję o rozwodzie, mając około 35 lat, usłyszała od ojca: „W tym wieku? Znikasz z rynku matrymonialnego, co z tobą będzie?”. Dziś wie, że życie nie kończy się wtedy, gdy ktoś próbuje wyznaczyć nam jego granice. „Pierwsze co, to polecam inwestowanie w siebie, reszta jakoś się ułoży” – radzi. Bo najważniejsza zmiana zaczyna się wtedy, gdy przestajemy pytać, czy w naszym wieku jeszcze wypada. „Ja codziennie piszę scenariusz swojego życia, nie pozwalam pisać go innym” – mówi Odeta Moro. Sponsorem odcinka jest IANA, producent suplementów diety wspierających zdrowie stawów.

„Jeśli masz tendencję do zgadzania się, mała pauza zrobi dużą różnicę”. Halina Piasecka o tym, że pik emocji trwa tylko 90 sekund, reszta nam „się wydaje” | „Ukryte piękno” odc. 33 22 Jul 2026

„Emocje są informacjami” – przekonuje psycholożka Halina Piasecka. Złość może chronić nasze granice, lęk nie zawsze zapowiada katastrofę, a smutek nie jest oznaką słabości. W podcaście „Ukryte piękno” Magdalena Kuszewska rozmawia z autorką książki „Czuję, więc jestem” o tym, dlaczego tak często zamiatamy uczucia pod dywan, jak nauczyć się odczytywać sygnały płynące z ciała i dlaczego odpoczynek bywa dziś większym wyzwaniem niż praca. Wielu z nas żyje w przekonaniu, że nieprzyjemne emocje najlepiej schować głęboko i przeczekać. Psycholożka rozprawia się z tym mitem bez wahania. Zakopane uczucia nie znikają. Wracają zwykle wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy, często z dużo większą intensywnością. Magdalena Kuszewska przywołuje własne doświadczenie. Przez lata ukrywała trudne emocje w pracy, starając się zachować profesjonalizm. Wieczorem wracały jednak do niej w domu, odbierając spokój i sen. Odpowiedź Haliny Piaseckiej jest jednoznaczna: skoro wypierane emocje wracały ze zdwojoną siłą, organizm wyraźnie pokazywał, że taka strategia nie działa. Emocje trwają krócej, niż nam się wydaje Jedna z najbardziej zaskakujących informacji dotyczy czasu trwania emocji. Według Haliny Piaseckiej fizjologiczny szczyt emocji trwa około 90 sekund. Później najczęściej nie cierpimy już z powodu samego uczucia, ale z powodu historii, które wokół niego budujemy. Rozmyślamy, analizujemy, wracamy do sytuacji po raz setny, przewidujemy katastrofalne scenariusze albo prowadzimy w głowie niekończące się dialogi. Właśnie dlatego nieprzyjemne emocje wydają się ciągnąć godzinami lub dniami. W rzeczywistości ogromne znaczenie ma sposób, w jaki o nich myślimy. Zamiast oceniać siebie za złość, zazdrość czy lęk, warto zatrzymać się i sprawdzić, o czym próbują nas poinformować. Halina Piasecka zwraca uwagę, że nawet zazdrość może być cennym drogowskazem. Być może pokazuje kierunek rozwoju, za którym tęsknimy, albo ujawnia potrzebę, której dotąd nie dostrzegaliśmy. Ciało mówi prawdę W gabinetach psychologicznych często pojawia się ten sam schemat. Pytanie o emocje spotyka się z odpowiedzią dotyczącą myśli. Klient opisuje natrętne scenariusze, analizuje wydarzenia i tłumaczy swoje zachowanie, ale nie mówi nic o tym, co działo się w jego ciele. Psycholożka zachęca do prostego ćwiczenia. W chwili silnej emocji warto zatrzymać się choć na minutę i zapytać siebie: co czuję oraz gdzie odczuwam tę emocję w swoim ciele? Dopiero później przychodzi czas na refleksję, co chcemy z tą informacją zrobić. Tak buduje się prawdziwa samoświadomość. Gdzie zaczynają się granice Coraz częściej mówi się o stawianiu granic, ale niewiele osób zastanawia się, skąd właściwie te granice się biorą. Zdaniem Haliny Piaseckiej najpierw trzeba wiedzieć, gdzie one przebiegają i jakie wartości stoją za naszymi decyzjami. Asertywność nie ogranicza się do mówienia „nie”. Oznacza również umiejętność świadomego mówienia „tak”. Szczególnie pomocna bywa rada skierowana do osób, które automatycznie zgadzają się na kolejne prośby. Zamiast odpowiadać odruchowo, warto powiedzieć: „muszę się zastanowić”. Kilka sekund pauzy potrafi całkowicie zmienić jakość podejmowanych decyzji. Rozmowa w podcaście „Ukryte piękno” rozwija wiele tematów poruszanych przez Halinę Piasecką w książce „Czuję, więc jestem”, wydanej przez Zwierciadło. Publikacja stanowi przewodnik po świecie emocji, ale daleko jej do poradnikowych recept i gotowych rozwiązań. Autorka zachęca przede wszystkim do zatrzymania się, obserwowania siebie i budowania relacji z własnym wnętrzem. W książce znajdziemy przypomnienie, że zmiany prowadzące do lepszego życia warto wprowadzać małymi krokami. Samoświadomość nie pojawia się z dnia na dzień. Powstaje dzięki regularnemu zadawaniu sobie pytań o własne potrzeby, przekonania i emocje.

„Żeby umieć się cieszyć, musisz też umieć się smucić”. Kasia Miller o urzekającym pojęciu „jedność przeciwieństw” | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 4 21 Jul 2026

– „Mam w sobie zachwyt nad cudem świata, tą zmiennością życia” – mówi Kasia Miller i trudno o lepsze zaproszenie do rozmowy o miłości, która nie dotyczy drugiego człowieka, lecz samego istnienia. Skąd bierze się zachwyt nad życiem mimo bólu, rozczarowań i niepewności? Dlaczego umiejętność przeżywania smutku okazuje się równie ważna jak zdolność do odczuwania radości? O tym Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z psycholożką i psychoterapeutką Kasią Miller w szóstym odcinku podcastu „Przerwa na kawę o miłości”. Sponsorem odcinka jest marka Pandora. Właśnie z takich doświadczeń rodzi się postawa, która później pozwala przetrwać znacznie trudniejsze momenty. Psycholożka przyznaje, że do dziś nosi w sobie zachwyt nad cudem świata i nieustanną zmiennością życia. Zachwyt nie oznacza jednak naiwności ani ucieczki od rzeczywistości. Przeciwnie – pozwala widzieć ją pełniej. Świat jest piękny. I bywa różny Rozmowa szybko schodzi z poziomu idealistycznych wyobrażeń na grunt codzienności. Joanna Olekszyk pyta wprost, czy obok kolorów istnieje również szarość. Odpowiedź nie pozostawia złudzeń. Świat jest miejscem nieustannego ścierania się dobra i zła, ale sposób patrzenia na tę walkę zależy od nas. Kasia Miller przywołuje zdanie, które od lat jej towarzyszy. Można wierzyć, że „dobro zawsze mija, a zło zawsze wraca”, można jednak wybrać odwrotną perspektywę – że „zło zawsze mija, a dobro zawsze wraca”. Już jako dziewczynka zdecydowała, że druga wersja bardziej jej się opłaca. Nie dlatego, że jest łatwiejsza, lecz dlatego, że daje siłę do życia. Bliska jest jej również idea „jedności przeciwieństw”. Świat może być jednocześnie cudowny i straszny, życie potrafi być dobre i trudne zarazem. Największą sztuką okazuje się czerpanie radości z tego, co dobre, przy jednoczesnym uczeniu się wytrzymywania tego, co bolesne. Paradoksalnie właśnie taka postawa, jak mówi psycholożka, sprawia, że dobrych doświadczeń pojawia się więcej. Piękno jako codzienna praktyka Miłość do życia często zaczyna się od wrażliwości na piękno. Kasia Miller opowiada, że już jako dziecko pisała krótkie wiersze. Jeden z pierwszych pamięta do dziś: „wierzby rysunek na niebie cieniutkim pędzlem nakreślasz i zapach wody dalekiej chłodniejszą farbą kładziesz”. Nie jest to przypadkowe wspomnienie. Pokazuje, jak wcześnie nauczyła się patrzeć na świat z uważnością. Smutek nie jest wrogiem W kulturze sukcesu chętnie opowiadamy o szczęściu, znacznie rzadziej o smutku. Tymczasem psycholożka przekonuje, że uciekanie od trudnych emocji odbiera nam możliwość prawdziwego przeżywania życia. Kiedy dopada ją smutek, nie próbuje go zagłuszać. Mówi do siebie: „smutek jest dla każdego, posiedź sobie w nim, przepuść go przez siebie”. W podobnym duchu tłumaczy, że umiejętność cieszenia się wymaga równoczesnej zgody na smucenie się. Dopiero przepuszczanie przez siebie całego wachlarza emocji sprawia, że życie staje się autentyczne, a nie jedynie poprawne. Miłość zaczyna się od sposobu, w jaki żyjemy Rozmowa Joanny Olekszyk i Kasi Miller pokazuje, że miłość nie jest wyłącznie uczuciem skierowanym do drugiego człowieka. Przejawia się również w zachwycie nad światem, trosce o własne emocje, uważności wobec innych i codziennych gestach, które budują relacje. Właśnie z takiego myślenia wyrasta kampania BE LOVE marki Pandora. Przypomina, że miłość jest przede wszystkim postawą – czymś, co wyrażamy każdego dnia wobec bliskich, ale także wobec samych siebie. Nie musi być spektakularna ani idealna. Czasem oznacza zgodę na własną wrażliwość, innym razem odwagę, by dostrzec dobro mimo trudniejszych doświadczeń. Bo miłość, o której mówi Kasia Miller, nie kończy się na romantycznych relacjach. Staje się sposobem patrzenia na życie – z większą czułością, uważnością i wdzięcznością za wszystko, co nas spotyka. Taki właśnie wymiar celebruje kampania BE LOVE, zachęcając, by nie tylko mówić o miłości, ale przede wszystkim nią żyć.

„Rodzice boją się, że ich dziecko będzie ofiarą, nie myślą, że będzie oprawcą”. Natasza Socha o tym, co „karmi” hejtera i jak powstrzymać przemoc | „Dylematy mamy i taty”, odc. 7 17 Jul 2026

„Wszystkie hejterskie historie zaczynają się tak samo: od drobnego uderzenia, żeby sprawdzić, jak ta osoba zareaguje” – mówi Natasza Socha w podcaście „Dylematy mamy i taty”. Rozmawiając z Aliną Gutek, zastępczynią redaktorki naczelnej „Zwierciadła”, autorka wydanej przez Zwierciadło powieści „Hejterka” pokazuje, że przemoc rówieśnicza nie rodzi się nagle ani wyłącznie w internecie. Wyrasta z potrzeby dominacji, braku empatii i wzorców wynoszonych z domu. Najbardziej niepokojące okazuje się jednak coś innego – wielu dorosłych wciąż wierzy, że hejt dotyczy wyłącznie cudzych dzieci. Każdy hejt ma swojego lidera Dlaczego inni tak łatwo przyłączają się do przemocy? Alina Gutek pyta podczas rozmowy, co sprawcy mają w sobie, że potrafią przeciągać ludzi na swoją stronę. Socha zwraca uwagę, że niemal zawsze pojawia się lider – osoba głośna, pewna siebie, sprawiająca wrażenie nieustraszonej. Właśnie tacy ludzie bywają najbardziej niebezpieczni, ponieważ potrafią stworzyć wokół siebie grupę, która przestaje samodzielnie oceniać sytuację. Obok lidera niemal automatycznie pojawia się również wyznaczona ofiara. Pozorna siła często okazuje się jednak maską. Autorka „Hejterki” zauważa, że wielu szkolnych liderów buduje swoją pozycję wyłącznie na pokaz, próbując przykryć własne frustracje i porażki. Wybór słabszej osoby pozwala im przez chwilę zapomnieć o własnych kompleksach. Inność nadal bywa najłatwiejszym celem Rodzice często zastanawiają się, dlaczego właśnie ich dziecko zostało zaatakowane. Odpowiedź okazuje się bolesna, bo bardzo często wystarczy jedna cecha – odmienność. Podczas rozmowy Natasza Socha przypomina, że nie lubimy tego, co nieznane, a u nastolatków nakłada się na to niezwykle silna potrzeba przynależności do grupy. Dziecko, które wyróżnia się wyglądem, zainteresowaniami, wrażliwością czy sposobem bycia, bardzo łatwo zostaje uznane za „inne”. Jak podkreśla pisarka, osoba, która nie ukrywa swojej odmienności, staje się wręcz idealnym celem hejtu. Paradoks polega na tym, że właśnie cechy, które później budują dojrzałą osobowość i odwagę bycia sobą, w szkolnej rzeczywistości bywają traktowane jak zaproszenie do wykluczenia. Dlaczego dzieci milczą? Rodzice często zakładają, że gdy wydarzy się coś złego, dziecko natychmiast poprosi o pomoc. Praktyka pokazuje coś zupełnie odwrotnego. Jak tłumaczy Socha, młodzi ludzie bardzo rzadko od razu mówią o hejcie. Nie chcą dokładać rodzicom zmartwień, wstydzą się odrzucenia przez grupę i często nawet nie rozumieją, dlaczego zostali wykluczeni. Dochodzi jeszcze lęk przed łatką donosiciela. Przyznanie się do krzywdy oznacza dla wielu nastolatków wypowiedzenie na głos zdania: „jestem beznadziejny”, a właśnie przed takim doświadczeniem próbują się chronić. Milczenie staje się więc nie dowodem, że wszystko jest w porządku, lecz jednym z najważniejszych sygnałów alarmowych. Dom pełen pogardy Rozmowa uświadamia, że przemoc rówieśnicza nie bierze się znikąd. Natasza Socha przekonuje, że bardzo często stanowi odbicie atmosfery panującej w domu. Dziecko, które wraca ze szkoły po konflikcie z nauczycielem i słyszy od rodzica: „nie przejmuj się, idiota został nauczycielem, bo niczego nie osiągnął”, otrzymuje jasny komunikat – pogarda wobec innych jest akceptowalnym sposobem rozwiązywania problemów. Szkoła również nie zawsze zdaje egzamin. Zamiast zdecydowanych działań często pojawia się chęć przeczekania kryzysu, bo placówki obawiają się rozgłosu. Efektem bywają kolejne pogadanki, które niewiele zmieniają, ponieważ nie dotykają emocji ani odpowiedzialności.

„Pogubiło mi się wiele rzeczy “. Dlaczego Grzegorz Damięcki nie wierzy w doświadczenie życiowe i z czym poszedł na terapię? | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 19 17 Jul 2026

„Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem” – mówi Grzegorz Damięcki w podcaście Beaty Biały „Mężczyzna jest człowiekiem”. Aktor opowiada o dorastaniu w rodzinie, której nazwisko od pokoleń budzi skojarzenia z polskim teatrem, o rozwodzie rodziców, samotności, terapii, sukcesie i porażce. Powstaje opowieść daleka od celebryckich wyznań. Bardziej przypomina intymny esej o męskości, odpowiedzialności i nieustannym poszukiwaniu siebie. Nazwisko Damięcki od dekad funkcjonuje w polskiej kulturze niemal jak instytucja. Wiele osób mogłoby uznać, że otwiera drzwi, daje przewagę i poczucie bezpieczeństwa. Grzegorz Damięcki nie ma jednak wątpliwości, że przede wszystkim stawia wymagania. Pytany przez Beatę Biały, czy rodzinne nazwisko bywa przekleństwem, odpowiada, że jest przede wszystkim wyzwaniem. „Po rozwodzie rodziców zostałem z ojcem” Historia Damięckich mogłaby stać się scenariuszem wielopokoleniowej sagi. Aktor wraca pamięcią do domu, który nieustannie się zmieniał – także dosłownie, bo dzieciństwo upłynęło pod znakiem kolejnych przeprowadzek. Z czułością wspomina swoje babcie, które były sobie tak bliskie, że – jak opowiada – zmarły tego samego dnia i tego samego roku. Zaraz potem pojawia się jednak doświadczenie rozpadu rodziny. Po rozwodzie rodziców zamieszkał z ojcem, co w tamtych czasach należało do rzadkości. Miał zaledwie piętnaście lat, gdy na jego barki spadło znacznie więcej codziennych obowiązków, niż zwykle dźwigają nastolatkowie. Paradoksalnie właśnie z domu rodzinnego nie wyniósł gotowych recept na życie. Przyznaje otwarcie, że nie otrzymał wzorów postępowania, do których mógłby dziś się odwoływać. Dlatego z pokorą mówi: „Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem”. Zaraz dodaje jeszcze jedno zdanie, które wybrzmiewa niemal prowokacyjnie – nie wierzy w coś takiego jak doświadczenie. Każdy etap życia wymaga bowiem nowych odpowiedzi, a dawne pewniki szybko tracą swoją wartość. „Od sukcesu ludzie głupieją” Kariera aktorska często kojarzy się z popularnością, uznaniem i spełnieniem. Damięcki pokazuje jednak zupełnie inną perspektywę. Pytany o sukces i porażkę przyznaje, że oba doświadczenia bywają równie trudne. Porażki zmuszają do refleksji, natomiast sukces – jak mówi – potrafi onieśmielać, a nawet odbierać trzeźwy ogląd rzeczywistości. Nie bez powodu zauważa, że właśnie od sukcesu ludzie najczęściej głupieją. Takie spojrzenie dobrze współgra z jego wyznaniem, że bezczynność natychmiast uruchamia lęk. Praca okazuje się nie tylko zawodem, ale również sposobem porządkowania własnego świata. Kiedy zatrzymuje się na dłużej, pojawia się niepokój i poczucie zagubienia. Sam przyznaje zresztą, że w pewnym momencie życia „pogubiło mu się wiele rzeczy”. Często boimy się najbliższych Jednym z najbardziej poruszających fragmentów rozmowy jest opowieść o terapii. Aktor nie przedstawia jej jako spektakularnej przemiany ani cudownego lekarstwa na wszystkie problemy. Mówi o znacznie bardziej przyziemnym celu – poszedł na terapię po to, by nauczyć się stawiać światu granice. Brzmi prosto, ale właśnie w tej prostocie kryje się sedno. Wielu mężczyzn wychowywano w przekonaniu, że powinni wszystko wytrzymać, wszystko znieść i nikogo nie obciążać własnymi emocjami. Damięcki odwraca tę logikę. Zauważa również, że bardzo często najbardziej boimy się nie obcych ludzi, lecz właśnie tych najbliższych. Relacje rodzinne i partnerskie bywają przecież przestrzenią największej bezbronności.

„Kobiety mówią: tyję z powietrza i jest w tym ziarno prawdy”. Prof. Karolina Kędzierska-Kapuza i Adrianna Sobol o tym, że otyłość to choroba, która może przytrafić się każdemu | „Jak zdrowie”, odc. 21 15 Jul 2026

„Otyłość to podstępna choroba, która zaczyna się powoli, choć u każdego inaczej się rozwija. Chorzy stopniowo wycofują się z życia z powodu stygmatyzacji i wstydu” – mówi Adrianna Sobol w podcaście „Jak zdrowie”. Choć medycyna od dawna uznaje otyłość za chorobę przewlekłą, społeczne przekonania nie nadążają za wiedzą. Choć medycyna od dawna uznaje otyłość za chorobę przewlekłą, społeczne przekonania nie nadążają za wiedzą. – To jedna z niewielu chorób przewlekłych, które niesiemy ze sobą na czole – mówi obesitolożka, prof. Kędzierska-Kapuza. „Na otyłość choruje już 9 milionów Polaków, a mimo wszystko pacjenci nadal słyszą: »zrób coś ze sobą«” – mówi Magdalena Kuszewska, otwierając rozmowę z prof. Karoliną Kędzierską-Kapuzą oraz Adrianną Sobol w podcaście „Jak zdrowie”. Otyłość nie jest wyborem Przez lata wokół otyłości narosło wiele uproszczeń. Najbardziej szkodliwe sprowadza się do przekonania, że wystarczy mniej jeść i więcej się ruszać. Brzmi rozsądnie, jednak współczesna medycyna pokazuje znacznie bardziej złożony obraz. Jak wyjaśnia prof. Karolina Kędzierska-Kapuza, pacjenci najczęściej słyszą właśnie komunikat: „jedz mniej i ruszaj się więcej”, podczas gdy otyłość pozostaje chorobą biologiczną, często uwarunkowaną genetycznie i występującą w różnych fenotypach. Jedni zmagają się z kompulsywnym jedzeniem, inni z zaburzeniami regulacji głodu, dlatego skuteczne leczenie musi być dopasowane do konkretnego pacjenta. Tymczasem zaledwie 1–-2 proc. chorych otrzymuje leczenie farmakologiczne. Codzienność, której nie widać Liczby pokazują skalę problemu, ale nie oddają życia z chorobą. Adrianna Sobol przypomina, że otyłość rozwija się podstępnie i u każdego przebiega inaczej. Chorzy bardzo często stopniowo wycofują się z życia społecznego, ponieważ wstyd i stygmatyzacja odbierają im poczucie bezpieczeństwa. Kobieta „gruba”, mężczyzna „postawny” Społeczne oczekiwania wobec wyglądu nie dotyczą wszystkich w równym stopniu. Kobiety znacznie częściej słyszą krzywdzące komentarze i są oceniane przez pryzmat sylwetki. Jak zauważa Adrianna Sobol, mężczyzna bywa określany jako „postawny”, podczas gdy kobieta z podobną masą ciała otrzymuje łatkę „grubej”. Choroba otyłościowa nie wybiera jednak ani płci, ani wieku i może pojawić się na każdym etapie życia. Równie niebezpieczne pozostaje bagatelizowanie pierwszych sygnałów. W wielu rodzinach funkcjonują powiedzenia: „my tak mamy”, „grube kości”, „wyrośnie z tego”. Takie przekonania skutecznie opóźniają diagnozę i rozpoczęcie leczenia. Dlaczego organizm ciągle domaga się jedzenia? Coraz więcej badań pokazuje, że apetyt nie jest wyłącznie kwestią silnej woli. W niektórych fenotypach choroby organizm produkuje zbyt mało hormonów odpowiedzialnych za hamowanie łaknienia, między innymi GLP-1. Pacjent praktycznie nie otrzymuje sygnału sytości. Prof. Karolina Kędzierska-Kapuza opowiada, że osoby rozpoczynające odpowiednie leczenie często ze wzruszeniem mówią o czymś, co dla większości ludzi wydaje się oczywiste – pierwszy raz w życiu mogą odstawić talerz, ponieważ naprawdę czują się najedzone. Jednocześnie jedzenie pełni funkcję regulatora emocji. Adrianna Sobol zwraca uwagę, że bardzo często sięgamy po nie zarówno wtedy, gdy przeżywamy smutek, jak i wtedy, gdy chcemy świętować sukces. Łatwo dostępna przyjemność pomaga na chwilę poradzić sobie z napięciem, ale nie rozwiąże problemu. Menopauza, hormony i „tycie z powietrza” W gabinetach lekarskich często pada zdanie: „tyję z powietrza”. Choć brzmi jak przesada, medycyna znajduje dla niego częściowe wyjaśnienie. Prof. Kędzierska-Kapuza podkreśla, że w okresie menopauzy zmiany hormonalne wysyłają tkance tłuszczowej sygnał do gromadzenia zapasów przede wszystkim w okolicy brzucha i bioder. Oznacza to, że organizm funkcjonuje inaczej niż wcześniej, dlatego strategie leczenia również wymagają indywidualnego podejścia. Sponsorem odcinka jest Novo Nordisk – organizator kampanii „Odzyskaj lekkość życia”, więcej infomacji na: www.ootylosci.pl/specjalisci

„Moja najmłodsza pacjentka miała 26 lat”. Sekrety hollywoodzkiego liftingu zdradza chirurg plastyczny dr Piotr Osuch | „Pod skórą”, odc. 2 15 Jul 2026

Lifting twarzy nie jest w chirurgii plastycznej nową procedurą – ale zyskał nową technikę i… nową klientelę. Kiedyś uchodził za zabieg dla kobiet dojrzałych, dziś pod nóż coraz częściej idą 20- i 30-latki. Tylko po co – skoro ich skóra nadal jest jędrna, a owal twarzy napięty i wyraźny? Bo lifting nie służy już tylko odmładzaniu – przekonuje dr Piotr Osuch, chirurg plastyczny twarzy specjalizujący się w nowatorskiej metodzie deep plane. Za co ten rodzaj liftingu pokochały największe gwiazdy Hollywood, a w ślad za nimi – zwyczajne kobiety i mężczyźni, którzy ustawiają się w kolejce po piękniejszą twarz? „Niewidoczny” i „naturalny”. Jak działa lifting deep plane? Technika deep plane, w której specjalizuje się dr Osuch, nieprzypadkowo ma wiele fanek (i fanów) wśród znanych osób. Pozwala bowiem precyzyjnie odświeżyć rysy – a nie całkowicie je zmodyfikować. W efekcie, choć twarz pacjenta zostaje „przerobiona”, w ogóle nie wygląda na „zrobioną”. – Ta metoda ma tę dobrą cechę, że zachowuje naturalne rysy twarzy – tłumaczy specjalista. – W odróżnieniu od tych starszych liftingów, tutaj działamy tylko na głębokich strukturach, tak że nie ma konieczności rozdzielania warstw tkanek (…), tylko podnosimy całą grubość tkanek, sięgamy do tego miejsca, gdzie są rozluźnione więzadła, gdzie jest przyczyna tego, że twarz się zmieniła w związku z upływem czasu. To największa różnica, która odróżnia metodę deep plane od starszych technik liftingu. – Nie ma stygmatów typowego liftingu, czyli nie ma takiego napięcia nadmiernego, nie ma efektu maski, nie ma takiego „windblow”, czyli efektu podmuchu wiatru – mówi w podcaście ekspert. Po deep plane wygląda się świeżo, jakby było się bardziej wypoczętym. Procedury tej nie widać na pierwszy rzut oka, co przyciąga do niej zarówno gwiazdy, jak i wszystkie osoby, które chciałyby dokonać naturalnej korekty swoich rysów. Dlaczego na deep plane decydują się coraz młodsze osoby? Jak podkreśla dr Osuch, lifting deep plane to nie jest zabieg, który koryguje skórę – lecz rysy twarzy. Dziś stanowi więc narzędzie nie tylko do odmładzania, ale i modyfikacji tych obszarów, które nie spełniają oczekiwań pacjentów. Najmłodsza pacjentka lekarza miała 26 lat i zdecydowała się na lifting, aby poprawić rysy twarzy po tym, jak opadły na skutek dużej utraty wagi. – To jest zabieg, który koryguje linię żuchwy, który koryguje napięcie tkanek głębokich, który przywraca albo koryguje kształt, jeśli chodzi o położenie brwi i o różne struktury, które są w obrębie twarzy – objaśnia ekspert. Mitem jest więc przekonanie, że lifting dedykowany jest tylko osobom, u których procesy starzenia są już zaawansowane i wymagają one ujędrnienia skóry. Jej jakość i napięcie mogą poprawić zabiegi z zakresu medycyny estetycznej – natomiast sama chirurgia tego nie zrobi. Pułapki medycyny estetycznej okiem chirurga plastycznego Ale i z mniej inwazyjnymi zabiegami lepiej uważać. Doktor Osuch nie jest ich bezkrytycznym zwolennikiem i zaleca ostrożność, zanim zdecydujemy się na założenie nici liftingujących, wstrzyknięcie kwasu hialuronowego albo stymulatorów w twarz. Efekty zbyt pochopnych decyzji swoich pacjentów widzi na własne oczy, gdy podczas operacji zagląda – dosłownie – pod ich skórę. Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy. Prowadząca Aleksandra Urbaniak wraz z ekspertami omawia źródła najnowszych trendów, obala szkodliwe mity i ujawnia przemilczane fakty na temat zabiegów zyskujących popularność. To rozmowy dające zdrową perspektywę na obowiązujące standardy piękna wyznaczane przez social-media, które coraz częściej dyktują nam, jak wyglądać i co robić ze swoimi ciałami.

Andrzej Bargiel o swojej wyprawie na Nanga Parbat, zaufaniu i robieniu po swojemu. „Chciałem sprawdzić, czy to fizycznie możliwe” | „Bliski kadr”, odc. 13 10 Jul 2026

„Nie mam potrzeby, żeby cokolwiek udowadniać” - mówi Andrzej Bargiel w podcaście „Bliski kadr" tuż po swoim historycznym zjeździe na nartach z Nanga Parbat czyli jednego z najwyższych szczytów świata i jednej z najbardziej niebezpiecznych gór na Ziemi. Andrzej dokonał czegoś, co przez lata wydawało się poza zasięgiem nawet najwybitniejszych himalaistów i skialpinistów. Tymczasem opowiada o tym z charakterystycznym dla siebie spokojem. Trochę jakby po prostu właśnie zgrabnie zeskoczył z trzepaka... W podcaście „Bliski kadr" rozmawiamy nie tylko o samym zjeździe, ale też o wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. O budowaniu zespołu, analizowaniu góry, obserwowaniu lawin, czekaniu na właściwy moment i podejmowaniu decyzji, od których zależy życie. Andrzej Bargiel tłumaczy, dlaczego w górach najwyższych odwaga nie polega na podejmowaniu ryzyka, lecz na konsekwentnym odrzucaniu sytuacji, których nie da się bezpiecznie kontrolować. To rozmowa, która rozprawia się z romantycznym obrazem himalaizmu jako sportu opartego wyłącznie na brawurze. Zamiast tego słyszymy o prognozach meteorologicznych, technologii, dronach wykorzystywanych podczas wypraw, komunikacji radiowej, logistyce i wieloletnim zdobywaniu doświadczenia. Bargiel pokazuje, że największym sprzymierzeńcem ekstremalnych osiągnięć jest cierpliwość. Zjazd z Nanga Parbat jest częścią projektu Andrzeja i jego teamu pod łacińską nazwą „Hic Sunt Leones” (Tu są lwy), dzięki któremu jako pierwszy człowiek zjechał na nartach ze wszystkich pięciu ośmiotysięczników Pakistanu. Opowiada, jak zrodził się ten pomysł, dlaczego musiał nauczyć się budowania partnerstw biznesowych, organizowania wypraw i tworzenia zespołu, który od kilkunastu lat pracuje razem w najwyższych górach świata. W rozmowie nie brakuje tematów, o których mówi się znacznie rzadziej. Pakistan widziany oczami alpinisty okazuje się miejscem pełnym kontrastów - zachwycającym, ale jednocześnie naznaczonym biedą, wykluczeniem i historiami ludzi, którym czasem wystarczy niewielka pomoc, by uratować zdrowie lub życie. To także rozmowa o zaufaniu. Do partnerów, do własnego doświadczenia i do intuicji. O tym, dlaczego dobiera ludzi nie według sportowych rankingów, ale charakteru. O tym, jak zachować spokój, gdy cała ekipa przez radio przekonuje, żeby zawrócić, a ty wiesz, że właśnie teraz jest właściwy moment na zjazd. Jak zmienił się współczesny himalaizm? Czy nowoczesny sprzęt i lżejsze butle tlenowe ułatwiają zdobywanie ośmiotysięczników? Czy media społecznościowe stały się dziś równie ważnym elementem wypraw jak przygotowanie sportowe? Jak finansuje się projekty kosztujące setki tysięcy złotych i dlaczego sam Bargiel przez lata musiał stworzyć własny model funkcjonowania poza systemem? Zapraszamy do wysłuchania najnowszego odcinka podcastu Zwierciadła z Andrzejem Bargielem.

„Książki były moją rodziną, moją kochającą ciepłą rodziną”. Kasia Miller poleca lektury na „dobrą samotność” | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 6 10 Jul 2026

- Książki były moimi rodzicami, rodzeństwem. Książki były moją rodziną, moją kochającą ciepłą rodziną - mówi słynna psycholożka w 6. odcinku, 6. sezonu „Przerwy na kawę z Kasią Miller”. Bo czasem najlepszą rozmowę odbywamy z autorem, którego nigdy nie poznaliśmy. Czasem jedna powieść pomaga zrozumieć siebie bardziej niż dziesiątki porad. Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”,rozmawia z Katarzyną Miller o książkach, które wychowują, leczą samotność, uczą odwagi i pokazują, jak zmienia się nasze rozumienie miłości. Rozmowa okazuje się nie tylko podróżą przez literaturę, lecz także opowieścią o dojrzewaniu człowieka. Romans z bohaterem, który nie istnieje Czy książki wpływają na nasze wybory uczuciowe? Pytanie Joanny Olekszyk o literackie zauroczenia otwiera fascynujący wątek dotyczący romantycznych wzorców. Miller przyznaje z uśmiechem, że przez lata żaden prawdziwy mężczyzna nie zrobił na niej takiego wrażenia jak Rhett Butler z „Przeminęło z wiatrem”. Jak mówi, „chyba nie ma faceta, który by mi się bardziej podobał niż Butler”. Literaccy bohaterowie bywają przecież idealnymi projekcjami naszych pragnień – błyskotliwi, odważni, tajemniczy, nieosiągalni. Rozmowa szybko schodzi jednak z poziomu romantycznych westchnień na znacznie poważniejszy grunt. Joanna Olekszyk przywołuje książkę „Mit Darcy’ego”, której autorka przekonuje, że kult nieprzystępnych bohaterów mógł wpłynąć na sposób, w jaki kobiety postrzegały relacje z mężczyznami. Miller odpowiada bez wahania, zauważając, że wiele klasycznych historii wysyłało kobietom bardzo niebezpieczny komunikat. Jak podkreśla, „te książki trochę nam mówiły: znoś to”. Wielcy pisarze wiedzą więcej Najlepsza literatura nie moralizuje. Raczej wyprzedza swoją epokę i pozwala dostrzec zjawiska, których współcześni jeszcze nie potrafią nazwać. Miller nie ma wątpliwości, że „dobrzy pisarze wyprzedzają epoki”. Dlatego klasyka nie starzeje się mimo zmieniających się czasów. Prawdziwie wielkie książki wciąż prowokują do zadawania tych samych pytań: kim jesteśmy, czego się boimy, dlaczego kochamy właśnie tak. Psycholożka wspomina swoje literackie fascynacje, podkreślając, że poważne czytanie zaczęła od francuskich pisarzy, między innymi François Mauriaca. Fascynowała ją złożoność ludzkiej natury obecna również u Grahama Greene’a. Jednocześnie zwraca uwagę na niezwykle ciekawy mechanizm psychologiczny. Czytając lub oglądając historie, zawsze wydobywamy z nich przede wszystkim to, co w danym momencie najbardziej dotyczy naszego życia. W języku psychologii Gestalt właśnie ten motyw staje się figurą, podczas gdy cała reszta pozostaje jedynie tłem. Dlatego dwudziestoletni czytelnik i sześćdziesięcioletnia czytelniczka mogą zachwycić się tą samą powieścią z zupełnie innych powodów. Dlaczego warto wracać do klasyki W świecie krótkich filmów i błyskawicznych informacji klasyczna literatura wymaga cierpliwości. Nagrodą okazuje się jednak głębsze rozumienie świata. Między Balzakiem a Greyem Literacki gust nie musi być zamknięty w sztywnych ramach. Obok klasyki może znaleźć się także popularna powieść, jeśli potrafi powiedzieć coś o ludzkich pragnieniach. Miller z charakterystycznym dystansem wspomina lekturę „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Przyznaje, że przeczytała książkę z przyjemnością, a zamiast oburzenia poczuła podziw dla autorki. Pomyślała bowiem: „co za niegłupia panienka, że spisała swoje fantazje i zarobiła miliony”. Poezja ma własną porę dnia Każdy czytelnik buduje własne rytuały. Dla Joanny Olekszyk poezja przypomina rześki zimowy poranek – pełen świeżości i skupienia. Katarzyna Miller wybiera zupełnie inny moment. Najchętniej sięga po wiersze wieczorem albo jesienią, kiedy świat zwalnia, a cisza pozwala usłyszeć więcej. Może właśnie dlatego książki pozostają naszymi najwierniejszymi przyjaciółmi. Nie narzucają tempa, nie oceniają i nie przerywają.

„Nietolerancja biustonosza”, „zamrożony bark”, wypadanie włosów – Anna Kopańczyk o nietypowych objawach menopauzy | „Ukryte piękno”. odc. 29 10 Jul 2026

„Najmłodsza pani, która przyszła do mnie z menopauzą, miała 35 lat” – mówi dietetyczka Anna Kopańczyk. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Ukryte piękno” obala jeden z najbardziej szkodliwych mitów dotyczących kobiecego zdrowia: menopauza nie jest wydarzeniem zarezerwowanym dla późnej dojrzałości. Potrafi zaskoczyć znacznie wcześniej i daje objawy, których wiele kobiet w ogóle z nią nie kojarzy. Wypadające włosy, pieczenie jamy ustnej, „zamrożony bark”, nagła nietolerancja biustonosza czy nasilające się stany zapalne organizmu często pozostają zagadką, choć mają wspólne źródło – zmieniającą się gospodarkę hormonalną. Włosy jako pierwszy sygnał zmian Anna Kopańczyk zwraca uwagę, że podczas menopauzy pojawiają się trzy charakterystyczne problemy. Jednym jest rozlane wypadanie włosów na całej głowie. Drugim – typowe dla zmian hormonalnych przerzedzenie w środkowej części głowy, określane jako kobiecy wzór łysienia. Trzecim stają się coraz cieńsze, delikatniejsze włosy, które tracą dawną objętość. Jak podkreśla ekspertka, właśnie tego rodzaju łysienia androgenowego doświadcza od 20 do nawet 50 procent kobiet przed sześćdziesiątym rokiem życia. Paradoks polega na tym, że wiele pacjentek słyszy, iż poziom testosteronu pozostaje prawidłowy. Mimo tego włosy nadal wypadają. Jak wyjaśnia Anna Kopańczyk, przyczyną okazuje się spadek estrogenów, który zwiększa wrażliwość mieszków włosowych na działanie testosteronu. Problem nie wynika więc wyłącznie z poziomu hormonów, ale również z tego, jak organizm zaczyna na nie reagować. Menopauza nie kończy się na uderzeniach gorąca Lista objawów menopauzy jest znacznie dłuższa, niż większość z nas przypuszcza. Wiele kobiet przez lata szuka pomocy u różnych specjalistów, nie wiedząc, że wszystkie dolegliwości mogą mieć wspólne podłoże. Jednym z najbardziej zaskakujących przykładów pozostaje zespół pieczenia jamy ustnej. Anna Kopańczyk przyznaje, że sama początkowo uważała go za rzadkość. Sytuacja zmieniła się, kiedy opublikowała materiał na ten temat. Odezwały się do niej liczne kobiety, które od dawna zmagały się z identycznym problemem, nie znajdując wyjaśnienia swoich objawów. Podobnie wygląda historia tak zwanego zamrożonego barku. Dolegliwość objawia się stopniową utratą ruchomości stawu bez wyraźnej przyczyny urazowej. Leczenie bywa długie i wymagające cierpliwości, ponieważ objawy mogą utrzymywać się nawet przez dwa lub trzy lata. Dieta, która wycisza stan zapalny Zmiany hormonalne wpływają nie tylko na wygląd, ale również na funkcjonowanie całego organizmu. Estrogen wykazuje działanie przeciwzapalne. Gdy jego poziom spada, łatwiej dochodzi do nasilenia przewlekłego stanu zapalnego, który może sprzyjać rozwojowi osteoporozy, insulinooporności czy bolesnego zamrożonego barku. Styl odżywiania ma tutaj ogromne znaczenie. Anna Kopańczyk podkreśla, że dieta przeciwzapalna zaczyna się od ograniczania produktów nasilających stan zapalny, a następnie opiera się na zdrowych tłuszczach, dużej ilości warzyw, owoców i roślin strączkowych. Nie chodzi o chwilową modę, lecz o sposób żywienia, który wspiera organizm każdego dnia. Wiedza zamiast wstydu Rozmowa Magdaleny Kuszewskiej i Anny Kopańczyk pokazuje, że menopauza przestaje być tematem przemilczanym. Coraz więcej kobiet szuka wiedzy zamiast prostych recept i oczekuje odpowiedzi opartych na nauce, a nie na stereotypach. Taką rolę pełni również książka „Menopauza. Instrukcja obsługi”, której autorką jest Anna Kopańczyk. Publikacja w przystępny sposób wyjaśnia, co dzieje się z kobiecym organizmem na kolejnych etapach menopauzy, pomaga zrozumieć mechanizmy stojące za często zaskakującymi objawami i podpowiada, jak poprzez dietę, styl życia oraz codzienne wybory wspierać zdrowie i dobre samopoczucie. Zamiast straszyć zmianami, daje poczucie sprawczości i pokazuje, że menopauza nie oznacza utraty jakości życia, lecz początek nowego etapu, do którego można dobrze się przygotować.

„Nic tak nie czyści głowy jak rower”. Alicja Cieloch o tym, że rower elektryczny nie jedzie sam i zmienia sposób podróżowania | Wszystkimi zmysłami 10 Jul 2026

„Rower zmienił moje podróże” – przyznaje Alicja Cieloch. Trudno o lepszy punkt wyjścia do rozmowy o dwóch kółkach, które coraz częściej wywołują skrajne emocje. Jedni widzą w rowerze elektrycznym przyszłość aktywnej mobilności, inni wciąż traktują go jak gadżet dla leniwych. W podcaście „Wszystkimi zmysłami” Monika Sobień-Górska rozmawia z podróżniczką o stereotypach, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, o podróżach poza utartym szlakiem i o tym, dlaczego właśnie rower pozwala najpełniej doświadczać świata. Sponsorem podcastu jest Bosch eBike Systems. Samolot skraca dystans, samochód przyspiesza, pociąg pozwala wygodnie przemieszczać się między miastami. Rower robi coś zupełnie innego – zamienia drogę w najważniejszą część podróży. Właśnie dlatego coraz więcej osób odkrywa, że liczy się nie tylko cel, ale także tempo, w jakim poznajemy świat. Jak podkreśla Alicja Cieloch, „zupełnie inaczej odbieramy miejsce, jeśli jedziemy do niego klasycznym środkiem transportu, a inaczej, jak pokonujemy tę drogę rowerem i siłą własnych nóg”. Właśnie wtedy krajobraz przestaje być widokiem zza szyby. Zaczyna pachnieć, zmienia temperaturę, hałasuje albo wycisza. Pozwala zatrzymać się tam, gdzie nie zatrzymują się wycieczki. Tak rodzi się prawdziwa bliskość z miejscem. Jak mówi podróżniczka, dzięki rowerowi docieramy do zakątków, które nigdy nie trafiają na okładki przewodników. Pozostają unikalne, odkrywane na własnych zasadach i zapisują się w pamięci znacznie mocniej niż najbardziej popularne atrakcje. Dlaczego wokół rowerów elektrycznych narosło tyle mitów? Moda na e-bike’i rośnie z roku na rok. Wraz z nią rośnie również liczba opinii, które często niewiele mają wspólnego z faktami. Alicja Cieloch przyznaje, że właśnie ciekawość stała się początkiem jej własnych poszukiwań. Jak wspomina, „zainteresowałam się rowerem elektrycznym, bo zaciekawiło mnie, skąd się biorą stereotypy na jego temat”. Jakie są najczęściej powtarzane mity? Pierwszy mówi, że rower elektryczny przeznaczony jest wyłącznie dla seniorów. Drugi – że właściwie jedzie sam. Alicja bez wahania rozprawia się z obydwoma przekonaniami, przypominając, że użytkownik cały czas musi pedałować. Silnik jedynie wspiera wysiłek, a konstrukcje wyposażone w napęd Boscha pomagają wyłącznie do prędkości 25 km/h. Nie mają więc nic wspólnego z motorowerami czy pojazdami kojarzonymi z dostawcami jedzenia. Różnica wydaje się fundamentalna, choć w publicznej dyskusji często bywa pomijana. Czy na rowerze elektrycznym można się zmęczyć? Wielu sceptyków uważa, że wspomaganie odbiera aktywności fizycznej sens. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej. E-bike nie eliminuje wysiłku. Pozwala jedynie lepiej nim zarządzać. Dzięki temu łatwiej pokonywać długie podjazdy, planować ambitniejsze trasy czy podróżować przez wiele kolejnych dni bez przeciążania organizmu. Organizm nadal pracuje, mięśnie wykonują swoją pracę, a serce utrzymuje wysiłek na odpowiednim poziomie. Jednocześnie pozostaje jeszcze jeden aspekt, którego nie da się zmierzyć liczbą spalonych kalorii. Alicja przypomina, że „nic tak nie czyści głowy jak rower”. Kilkadziesiąt kilometrów spokojnej jazdy potrafi uporządkować myśli skuteczniej niż niejeden weekendowy wyjazd do SPA. Równy rytm pedałowania działa jak medytacja w ruchu, a kontakt z naturą pozwala odzyskać koncentrację i zwyczajnie odetchnąć. Wolność wymaga rozsądku Każdy, kto inwestuje w dobry rower, prędzej czy później zaczyna myśleć o bezpieczeństwie. Monika Sobień-Górska pyta więc również o praktyczną stronę podróżowania. Alicja stawia na rozwiązania, które realnie zwiększają szanse na uniknięcie kradzieży. Poleca solidny, gruby łańcuch oraz nowoczesne systemy alarmowe wysyłające powiadomienie na telefon, gdy z rowerem dzieje się coś niepokojącego. Jednocześnie zwraca uwagę na różnice kulturowe. W Niemczech czy Austrii mieszkańcy często zostawiają rowery przed sklepami bez dodatkowych zabezpieczeń. Sponsorem podcastu jest Bosch eBike Systems.

„Piłka nożna jest związana z łzami. Płaczesz, kiedy wygrywasz, ale też, kiedy przegrywasz”. O emocjach w sporcie rozmawiamy z Mateuszem Święcickim | „Krótka piłka” odc. 1 09 Jul 2026

Mateusz Święcicki - dziennikarz, reporter sportowy oraz komentator lig europejskich, w tym Bundesligi, La Ligi i Serie A w kanale Eleven Sports. Przede wszystkim jednak: absolutny pasjonat piłki nożnej. Jego głosu nie sposób pomylić z żadnym innym. Cechuje go ogromna wiedza, niezwykła charyzma i emocjonalny stosunek do sportu. I te właśnie emocje czuć w każdym komentowanym przez niego meczu. Swoje sportowe serce oddał włoskiemu klubowi AC Milan, ale równie mocno kibicuje hiszpańskiej Valencii. Skąd ta miłość do piłki nożnej? „Jest rok 1994. Oglądam finał Ligi Mistrzów. Milan wygrywa z Barceloną 4:0, a ja zakochuję się w piłce nożnej. Zobaczyłem coś co dla mnie było porywające. To całe teatrum, finał Ligii Mistrzów, ten puchar. Dziecko pożera świat wzrokiem, pożera świat emocjami, widzi coś, co jest piękne, interesujące, przepełnione radością jednych, dramatem drugich… Ja już wiedziałem, że to jest początek romansu na całe życie”. – mówi dziennikarz w nowym odcinku podcastu „Zwierciadła” pt. „Krótka piłka”. Łzy, determinacja, pasja Trwa właśnie Mundial 2026, a kibice nie mogą oderwać się od związanych z nim sportowych emocji. Rozgrywki po raz pierwszy odbywają się w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku, więc różnice czasowe powodują, że najbardziej wierni kibice oglądają mecze nocami. Co jest takiego w tym sporcie, że z zapartym tchem śledzimy tę rywalizację i z zaciekawieniem wyczekujemy finału, by zobaczyć, która reprezentacja podniesie upragniony puchar? Dlaczego piłka nożna daje tyle radości, łączy ludzi i pozwala poszerzyć horyzonty? O emocjach, na boisku, kulisach pracy komentatora, powodach, dla których w sporcie pojawiają się łzy, a także o rozwoju kobiecego futbolu, rozmawiamy w tym odcinku podcastu „Zwierciadła” z Mateuszem Święcickim w roli głównej.

Powiązane podcasty